Dialog z lewicą? Niemożliwe!

Wiara w to, że ze światopoglądową lewicą możliwy jest jakikolwiek dialog, nieustannie mnie zadziwia. Do dialogu trzeba przecież woli obu stron, a nie tylko dobrych chęci chrześcijan

Tak jest w przypadku debaty nad sztuką krytyczną, którą wciąż na nowo próbują podjąć katoliccy teologowie. Ich dobre intencje nie mogą się spotkać z realną odpowiedzią, bo nie mamy wspólnego języka, by rozmawiać z „artystami” pokroju Jakuba Markiewicza czy Doroty Nieznalskiej. A dokładniej: język, którym się posługujemy, choć zawiera te same słowa, to definiuje je zupełnie inaczej.

Zacznijmy od spraw oczywistych. Dla nas, chrześcijan, a przynajmniej osób czerpiących z kultury klasycznej, sztuka ma ścisłe związki z rzeczywistością, jest jej afirmacją, zachwytem nad zawartymi w niej logosem, sensem, treścią. To zaś oznacza, że sztuka ma realizować się w swoistej triadzie wartości: ma być – jak rzeczywistość – piękna, prawdziwa i dobra, ma budować naszego ducha, umacniać go, kształtować i wychowywać. Stanowisko przedstawicieli kultury krytycznej jest zupełnie inne. Oni chcą szokować, dekonstruować kody kulturowe i dokonywać ciągłej transgresji sensów. Sztuka nie ma też zakorzenienia w rzeczywistości, ta ostatnia bowiem nie istnieje, jest tylko nasze jej postrzeganie, zdeterminowane zresztą patriarchalną kulturą. Rzeczywistość, którą znamy i akceptujemy, jest dla nich przeciwnikiem, opiera się bowiem na „zniewoleniach” biologią, empirią, pochodzeniem, które trzeba wciąż na nowo przezwyciężać, niszczyć. Realność, cielesność budzi obrzydzenie, a nie zachwyt nad Bożą wszechmocą.

Nie inaczej jest z symbolami religijnymi. Dla chrześcijan uobecniają konkretne osoby, stają się miejscem spotkania z nimi. Krucyfiks nie jest jedynie kodem kultury, lecz miejscem, w którym i przez które spotykamy się z Ukrzyżowanym, z Jezusem Chrystusem. Dla przedstawicieli sztuki współczesnej jest zaś on jedynie symbolem, symulakrum, które nie odsyła do niczego poza...
[pozostało do przeczytania 42% tekstu]
Dostęp do artykułów: