Tomasz Terlikowski

Tęczowe flagi zawieszone na figurze Chrystusa można by interpretować różnie (choć nie ulega wątpliwości, że wartości symbolizowane przez ową flagę są sprzeczne z tymi głoszonymi przez Jezusa), ale… tak się składa, że autorki owej akcji same wyjaśniły, że ich celem jest atak na ludzi wierzących. Udawanie, że jest inaczej, jest więc naiwnością albo złą wolą.  Nie jest również prawdą, że obrona (w Polsce dość słabo i wąsko intepretowana) symboli religijnych wynika – jak przekonuje nas lewica czy niezawodny dr hab. Marek Migalski – z uznania prawdziwości wierzeń religijnych. Nie trzeba wierzyć w Boga czy bogów, nie trzeba uznawać dziewiczego poczęcia, by opowiadać się za obroną symboli religijnych czy przedmiotów kultu. Wystarczą powody absolutnie świeckie. Pierwszym z nich jest...
Symbole mają znaczenie, uderzenie w sferę symboliczną boli i rani. Szczególnie mocno ta prawda dotyka sfery religijnej, w której symbole, obrazy odsyłają – jak głęboko przekonani są ludzie wierzący – do realnych osób. I to ich obraza dotyka szczególnie. Radykalni działacze mają tego świadomość i dlatego wybierają takie, a nie inne cele.  Do czego zresztą, jak to miało w przypadku „happeningu” z figurą Jezusa Chrystusa z Krakowskiego Przedmieścia, sami się przyznają. List zostawiony przez „działaczki” nie pozostawiał wątpliwości, że świadomie zaatakowały one w takim miejscu. Warto mieć jednak świadomość, że jeśli komuś takie akcje się opłacają, to nie osobom homo- czy transseksualnym, a jedynie rewolucjonistom, którzy chcą wywalenia do góry nogami społeczeństwa i zanegowania jego...
To trudny czas dla Kościoła, dla wierzących. Ludzie tracą wiarę, proszą, by wytłumaczyli się z tego, dlaczego wiedząc o grzechach i zaniedbaniach ludzi Kościoła, nadal pozostajemy wewnątrz tej wspólnoty.  Odpowiedzi jest zapewne tyle, ile ludzkich historii. Ale ja mogę podzielić się swoją. Nie jestem człowiekiem uczuć, nie miałem – inaczej niż Sławomir Jastrzębowski, którego historia jest jakoś dla mnie inspiracją do napisania tego tekstu – doświadczania sacrum. Urzekła mnie spójność katolicyzmu, intelektualna pełnia filozofii i teologii. Szukałem Boga rozumowo, a nie emocjonalnie, a antyklerykalizm ludzi wierzących wyniesiony z domu sprawiał, że częściej szukałem go sam niż w towarzystwie księży. U mnie w domu kultu duchownych nie było, otwarcie mówiono o słabościach i problemach...
Są historie, które pisane są ewidentnie palcem Bożym. I taka właśnie przydarzyła mi się w minionym tygodniu, podczas urlopu z rodziną w górach. Gdy byłem na Słowacji, zadzwoniła do mnie pewna siostra zakonna, nasza bliska przyjaciółka, i oznajmiła, że jest w górach. My byliśmy godzinę drogi dalej, ale postanowiliśmy się spotkać i porozmawiać. I tak trafiłem do Dursztyna, do sióstr niepokalanek, gdzie poznałem losy Mieczysławy Faryniak. A są one niezwykłe.  Młoda, z zamożnej i bardzo patriotycznej rodziny, nieźle wykształcona urzędniczka bankowa, uwielbia chodzić po górach. I właśnie tam poznaje i zakochuje się w protestancie Konradzie. Jego religia interesuje średnio, a przede wszystkim nie chce ślubu, wystarczy mu wolny związek. Na to nie godzi się ona, przeżywa głębokie...
30 procent niemieckich katolików jest w stanie wyobrazić sobie, że „wkrótce opuści Kościół”. Takie – nie ma co ukrywać, że przerażające – dane przynosi najnowszy sondaż zlecony przez niemiecką katolicką gazetę „Die Tagespost”.  Sondaż został przeprowadzony w tym miesiącu na reprezentatywnej grupie 2040 katolików, których poproszono o ustosunkowanie się do prostego zdania: „Jestem członkiem Kościoła i mogę sobie wyobrazić, że wkrótce go opuszczę”. 54 procent katolików zdecydowanie odrzuciło taką możliwość, 9 procent odpowiedziało, że nie wie, jak się ustosunkować do takiej tezy, 7 procent nie odpowiedziało nic, a 30 zgodziło się z nią. Co wynika z tych danych?  Odpowiedź jest niestety dość prosta: 30 procent niemieckich katolików nie ma zielonego pojęcia, co znaczy być...
To, co dzieje się na naszych oczach, jest nie tylko procesem niełatwego oczyszczania Kościoła, ale także oczyszczaniem naszej wiary. Jest kolejny założyciel ruchu religijnego oskarżony o molestowanie (wielu) i wykorzystanie seksualne (w jednym przypadku) sióstr zakonnych. O. Józef Kantenich, założyciel Ruchu Szensztackiego, został – na podstawie dokumentów Świętego Oficjum z czasów Piusa XII – ujawnionych przez historyk i teolog Alexandrę von Teuffenbach – oskarżony o psychiczne, emocjonalne i duchowe manipulowanie siostrami z założonego przez siebie instytutu.  Opis manipulacji robi wrażenie, ale sam Ruch Szensztacki odpowiada, że zarzuty zostały dwukrotnie (raz za życia, podczas czternastoletniego zesłania, a drugi raz przed rozpoczęciem procesu beatyfikacyjnego) wyjaśnione i...
Decyzja w sprawie biskupa Janiaka, jego odsunięcie od zarządzania diecezją oraz zakazanie mu przebywania na jej terenie, a także wszczęcie kościelnego procesu karnego przeciwko biskupowi Janowi Szkodoniowi pokazują, że coś się zaczyna dziać w polskim Kościele, a Stolica Apostolska postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce.  Nie, nie oznacza to, że walka o oczyszczenie skończyła się, że teraz odbywać się będzie już tylko sprzątanie, bo trzeba mieć świadomość, że opór przeciwko oczyszczaniu, przeciwko niewygodnym decyzjom będzie ogromny, a skala przestępstw i ich tuszowania dopiero nas zaskoczy (możemy być już teraz pewni, że nie będzie ona mała). Nie ma też wątpliwości, że wielu będzie chciało ten proces zatrzymać albo spowolnić. Tyle że po tych pierwszych decyzjach wcale nie będzie to...
Zgorszenie grzechem ludzi Kościoła nie jest powodem, by z niego odchodzić. Zgorszenie cudzym grzechem jest spowodowane jedynie hipokryzją albo nieznajomością siebie. A do tego wewnątrz Kościoła, choć nie brakuje tam grzeszników (czasem wielkich i do tego przykrywających swój grzech teologiczną nowomową), są też święci, ludzie, którzy pokazują, że każde życie ma ogromny, bo eschatologiczny sens. Takim było życie św. Rafaela Arnaiz Baron. Ten pochodzący z bogatej, katolickiej i zaangażowanej w politykę rodziny hiszpańskiej mężczyzna zmarł na cukrzycę w klasztorze trapistów w wieku 27 lat. Po ludzku nic mu się nie udało. Umierał w klasztorze, ale trapistą w sensie ścisłym nie był, bo choć dwa razy próbował zostać zakonnikiem, to dwukrotnie też z powodu stanu zdrowia odchodził, a za...
Polska debata nad zamieszkami i protestami w Stanach Zjednoczonych, jak wiele innych naszych debat, jest kompletnie irracjonalna. W miejsce analiz mamy obrazki (odpowiednio dobrane), a głównym argumentem po stronie prawej na to, że zamieszki to sprawa garstki lewaków i oczywiście tych leniwych i pozbawionych umiejętności „czarnych”, a nie jakichś strukturalnych nierówności, pozostaje jedna wypowiedź Afroamerykanina, który zapewnia, że to bzdura.  Liberalna strona dla odmiany w ogóle nie widzi, że oczywiście realne nierówności są prawdą, ale lewa strona chce je wykorzystać do rewolucji, która zazwyczaj żadnych problemów nie rozwiązuje, a jedynie rodzi nowe. Do tego te same problemy i frustracje społeczne wywołały wcześniej zwycięstwo kandydata podającego się za antysystemowca,...
Etyka Kalego, myślenie stadne i wymuszana poprawność polityczna (wcale nie tylko lewicowa, ale dokładnie tak samo prawicowa) to choroby, które coraz mocniej trapią polską debatę polityczną i publicystyczną. A doskonale widać to przy okazji dyskusji wokół zamieszek w Stanach Zjednoczonych, która odbywa się – choć to tak daleko – w duchu klasycznych plemiennych połajanek, w których jedna ze stron przytacza cały zestaw rasistowskich argumentów za tym, że w istocie zamordowanemu George’owi Floydowi należało się to, co go spotkało, a policjant – biedaczyna – nie miał innego wyjścia, a druga strona usprawiedliwia niszczenie cudzej własności, zamieszki i kradzieże, bo są one wyrazem słusznego gniewu i rewolucyjnego momentu. A przecież można powiedzieć, że przyczyną zamieszek jest wielowiekowy...
Nie ma co ukrywać, właśnie rozpoczął się jeden z najważniejszych testów wiary Polaków w ostatnich dziesięcioleciach. Kwarantanna, ograniczenie liczby osób, które mogą uczestniczyć we mszach świętych, a także dyspensa z obowiązku uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii udzielona przez biskupów sprawiły, że liczba praktykujących spadła na łeb na szyję.  Teraz, gdy limity zostały zniesione, wszystko powinno wrócić do normy. Powinno, ale wiele wskazuje na to, że nie wróci. Tak się bowiem składa, że tych kilka tygodni bez mszy, szczególnie gdy wierni byli bombardowani przez część duchownych informacjami o tym, że w zasadzie do Komunii chodzić nie trzeba, że Komunia duchowa jest tak samo dobra, a Eucharystia jest ważna, ale nie najważniejsza, mogło przyczynić się do zmiany nawyków i...
Kościół w Polsce (ale i szerzej Polska) potrzebuje głębokiej przemiany mentalności społecznej w kwestii walki z pedofilią i molestowaniem seksualnym. Dwa filmy na temat pedofilii, które pojawiły się ostatnio w Polsce, i reakcje na nie pokazują niestety, że bardzo wielu Polaków traktuje tę sprawę jako pałkę na przeciwników ideowych albo element walki politycznej.  Wielu także kompletnie nie rozumie mechanizmu molestowania, krzywdy, jaka spotyka dzieci molestowane przez osoby dorosłe, w tym przez księży, i ma tendencję do zrzucania winy na nieletnich. Bez zmiany tej postawy, ale także bez głębokiej empatii, bez uświadomienia sobie, że z perspektywy wiary Jezus ma dla nas twarz ofiar, nic lub niewiele się zmieni. Empatia dla ofiar jest zaś prostsza, gdy człowiek uświadomi sobie pewne...
Będzie nowa bomba, tyle że tym razem już nie atomowa, ale – zachowując wszystkie możliwe zastrzeżenia – wodorowa. Z tym wybuchem zmierzyć się zaś powinni nie tylko ludzie Kościoła, ale także politycy. Mowa o nowym filmie braci Sekielskich „Zabawa w chowanego”. Tym razem jest to film lepszy i mocniejszy, nie popada łatwo w tani antyklerykalizm ani antypapieskie fobie. To opowieść o wierzących ofiarach, o tym, jak krzywdzone były dzieci ludzi bliskich Kościołowi, o systemowym kryciu przestępcy, o religijnej nowomowie służącej do usprawiedliwienia pedofilii, o układzie ponad diecezjami, który pozwala kryć pewne rzeczy, ale także o złych praktykach prokuratury. To bardzo mocny, oskarżycielski film. Nie będzie już wtedy także tajemnicą, że brałem w nim udział jako ekspert. Dlaczego się na...
Uwielbiam teologię Josepha Ratzingera, a także nauczanie Benedykta XVI. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że papież z Niemiec jest jednym z najpotężniejszych umysłów, nie tylko teologicznych, XX i XXI wieku. I właśnie dlatego kompletnie nie rozumiem zawartych w najnowszej biografii Petera Seewalda sugestii papieża-emeryta, jakoby mimo rezygnacji z urzędu zachował on jakiegoś rodzaju „duchowy mandat” papieski. Gdyby się zgodzić na takie postrzeganie tej rezygnacji, to konieczne byłoby głębokie przedefiniowanie teologii urzędu papieskiego, a także związanych z nim zapisów prawnych. Tak się bowiem składa, że jak dotąd mamy jasną teologię i jasne prawo kanoniczne, zgodnie z którym zastępca Jezusa Chrystusa na ziemi i następca św. Piotra może być tylko jeden, a złożenie urzędu oznacza...
Czy nie jest paradoksem, że z jednej strony zatrzymaliśmy w ruchu pół świata, żeby ochronić życie głównie ludzi starszych (bo nie ulega wątpliwości, że COVID-19 zagraża głównie im), a z drugiej strony akceptujemy to, że w ośrodkach opieki dla starszych czy w szpitalach dokonuje się selekcji seniorów, dopuszcza się odmawiania im opieki, a w wielu krajach wręcz toleruje ich umieranie, bez większej pomocy?  To może tak wyglądać, ale nie ma w tym nic z paradoksu. To prosta konsekwencja założeń etycznych, jakie przyjęliśmy w innych sprawach, a które – jak to zazwyczaj bywa z nieuświadomionymi założeniami – mają tendencję do rozszerzania się na inne kwestie. O czym mówię? Zostawmy na chwilę ludzi starszych i COVID-19, a zatrzymajmy się na dzieciach. W naszej cywilizacji, niezależnie od...
Kilka miesięcy temu opublikowałem książkę o objawieniach w japońskim mieście Akita, które stanowią jakby drugą część, a może lepiej powiedzieć kolejny rozdział dopisany do objawień w Fatimie. W obu przypadkach mamy do czynienia z jasną diagnozą tego, co będzie się działo, gdy odejdziemy od Boga, gdy dobro człowieka, a nie wola Boża zaczną zajmować pierwsze miejsce. Tyle że w Fatimie proroctwo dotyczyło świata, a w Akicie Kościoła. Teraz, kilka miesięcy później, doszły do mnie informacje, że siostra Agnieszka Sasagawa (czyli właśnie wizjonerka w Akita) miała mieć, po wielu latach, kolejne objawienie od swojego Anioła Stróża. Nie udało mi się tych informacji potwierdzić w Japonii, ale dzielę się nimi, bo tak się składa, że ich zawartość jest w pełni zgodna z tym, czego od zawsze naucza...
Czasu w tę kwarantannę nie mam za wiele, ale na dobrą książkę zawsze chwila się znajdzie. Szczególnie gdy książka ta może odpowiedzieć na pytania i wyzwania, jakie stawia przed nami koronawirus i związany z nim, a już powoli do nas docierający gigantyczny kryzys. A taką właśnie pozycją na czasy kryzysu, ale też na okres walki z biedą, są „Grona gniewu” Johna Steinbecka.  Tak, mam świadomość, że przez część bardziej rygorystycznie nastawionych ludzi mogę zostać uznany za czytelnika zdecydowanie niewłaściwych, bo lewicowych lektur. Niech i tak będzie, ale Steinbeck to przede wszystkim wielki pisarz. „Grona gniewu” zaś to kawał znakomitej literatury, a przy okazji wielkie ostrzeżenie przed potencjałem rewolucyjnym, który drzemie w „skrzywdzonych i poniżonych”, wykluczonych ze zmiany...
Jeśli coś się dzieje, jeśli jakieś zjawiska zachodzą, to znaczy, że Pan Bóg ich chce. To bowiem, czego Bóg nie chce, po prostu nie istnieje. Tę prawdę, jaką w prostych słowach wyraził mistrz Eckhart, którego ostatnio pasjami czytuję, należy do absolutnych fundamentów wiary i inspirowanej nią filozofii chrześcijańskiej. Wszystko, co istnieje, pochodzi od Boga, nie ma nic, czego On nie stworzył. A różne, niekiedy trudne wydarzenia są Jego drogą dla nas.  I nie inaczej jest z zarazą, która nas obecnie dotknęła. Ona także, niezależnie od tego, jak jest dla nas trudna, została zaplanowana przez Boga i do czegoś nam wszystkim potrzebna. Na pytanie – do czego, każdy musi odpowiedzieć sobie sam, bowiem znaki – według nauczania Kościoła – są do samodzielnego czytania. Każdy musi...
Gdy do naszych okien puka apokalipsa, człowiek rozpaczliwie szuka nadziei i często znajduje ją w objawieniach prywatnych. Warto jednak pamiętać, jakie jest ich miejsce i rozumienie w Kościele.   Fakt, że zmagamy się z jedną z największych katastrof w minionych dziesięcioleciach, nie ulega wątpliwości. Apokalipsa (myślę, że na razie wciąż pluszowa) zapukała do naszych okien i naszych dusz. W takiej sytuacji szukanie ratunku w religii jest czymś bardzo naturalnym. Kłopot polega na tym, że zamiast rozglądać się za nim w zdrowej religijności czy ortodoksyjnej wierze, zaczynamy w popłochu szukać nadziei w objawieniach prywatnych, i to w takich, które nie mogą być potwierdzone przez Kościół i nigdy takimi nie będą. Koronawirus stał się okazją do tego, by szukać takich objawień (czy może...
Kryzys związany z koronawirusem ujawnia prawdę o nas samych, którą chętnie skrylibyśmy pod płaszczem dobrego samopoczucia i obrazów ciężko pracujących i narażających swoje życie lekarzy. Kłopot polega na tym, że piekło, takie ludzkie, wyłania się co jakiś czas spośród informacji medialnych. Tak było ze wstrząsającymi doniesieniami z Hiszpanii o domach starców (ładnie nazywanych domami seniora), do których wkroczyły jednostki wojskowe. To, co tam zastały, było przerażające. Martwi pensjonariusze leżący obok wciąż żywych, którymi nikt się nie opiekował, więc błąkali się po salach sami, krzycząc z samotności, bólu, cierpienia. Piekło Dantego objawiło się na naszych oczach. Personal uciekł, bo… obawiał się zakażenia. Umierali sami. I choć władze hiszpańskie już zapowiedziały surowe...
Nic nie może zastąpić Eucharystii w życiu katolika, a niedziela bez Mszy świętej jest niepełna. To fundamentalne prawdy, o których nie wolno nam zapominać. Pandemia koronawirusa spowodowała poważne ograniczenia w możliwości uczestnictwa w Mszy świętej i choć powinniśmy je zaakceptować, to nie ma powodów, by uznać je za normę. I dlatego smutno mi się robi, gdy słyszę od katolików, że uczestnictwo za pośrednictwem internetu jest tak samo dobre, jak pójście na Mszę, a komunia duchowa zastępuje sakramentalną. Tak zwyczajnie nie jest. Owszem, gdy nie możemy (a teraz – w większości – nie możemy) uczestniczyć w Eucharystii osobiście, a Kościół – jak obecnie – udzieli nam dyspensy, możemy uczestniczyć w Mszy za pośrednictwem internetu, telewizji czy radia, ale… musimy pamiętać, że to jest...
Pewne wojenki nie umierają nigdy. I tak jest ze sporem między wojującymi ateistami (czasem mam ochotę napisać: bezbożnikami) a ludźmi religijnymi. Pandemia koronawirusa wcale go nie zawiesiła, a nawet – w mediach społecznościowych – zaostrza. Wojowniczy ateiści przekonują, że Kościół jest najgroźniejszym miejscem w czasie pandemii, a już na mszy można się zarazić każdym tałatajstwem. Jakąkolwiek próbę polemiki z taką tezą uznają za dowód braku zaufania do nauki i kwitują sugestią, by w razie choroby iść do świątyni, a nie do szpitala. Kłopot polega na tym, że w czasach zarazy (tak jak w każdym innym czasie) potrzeba zarówno religii, jak i nauki. I jedno, i drugie jest potrzebne, ale każde ma swoją przestrzeń działania. Nauka bada, jakie są naturalne przyczyny pewnych zjawisk, próbuje...
„Prochem jesteś i w proch się obrócisz” – słyszeliśmy w Środę Popielcową, a od kilku dni możemy obserwować, jak świat, który znaliśmy, rozsypuje się w proch i pył. Może na chwilę, a może kryzys gospodarczy, jakiego doświadczymy, ograniczenie globalizacji i osłabienie więzi międzyludzkich zostaną z nami na dłużej. Jednak niezależnie od tego, jak będzie, już teraz można powiedzieć, że dostaliśmy czas na dłuższe, domowe rekolekcje. Warto się zatrzymać (szczególnie że wielkiego wyboru nie mamy) i pomyśleć nad własną śmiertelnością (bo tak się składa, że – choć raczej nie od koronawirusa –wszyscy umrzemy, i nikt z nas nie wie kiedy), nad tym, że nic nie zabierzemy na drugą stronę, że wszystkie struktury, zabezpieczenia, ekonomiczne gwarancje, a nawet plany niewiele są warte, gdy przyjdzie...
Pandemia – której wciąż jeszcze, jak się zdaje, nie ma – wywołała już realną epidemię histerii, a ta doprowadziła do ogromnych problemów ekonomicznych w wielu branżach (by wymienić tylko turystykę, przewozy lotnicze, ale także wiele innych). Import z Chin przeżywa gigantyczne straty.  W Palestynie, która właśnie zamknęła na dwa tygodnie Betlejem, Jerycho i Dolinę Jordanu, oznacza to ogromne szkody finansowe, ale też spore problemy dla wielu żyjących tam ludzi, którzy utrzymywali się, sprzedając drobne pamiątki turystom albo pracując na zlecenia w hotelach. I nie chodzi o to, że bogaci coś stracą, lecz o to, że biedni często nie będą mieli czym nakarmić dzieci. Ale poza takimi jednostkowymi historiami okazało się, że otwarte granice, którymi tak się szczyciliśmy, mogą być w każdej...
Kontrola, bezpieczeństwo, przewidywalność przyszłości – to wartości, na których opiera się współczesne, przynajmniej zachodnie, myślenie. Przecież postulat eutanazji, pomijam tu względy ekonomiczne, opiera się na pragnieniu tego, by kontrolować nawet moment własnej śmierci. Postulat aborcji oparty jest na pragnieniu wyeliminowaniu z życia „przypadkowej” ciąży, niezaplanowanego dziecka. I dokładnie na tym samym pragnieniu pełnej kontroli – jakkolwiek absurdalnie by to zabrzmiało – oparta jest obecna panika wokół koronawirusa.  Świadomie używam słowa „panika”, bo choć pandemia jest możliwa, to zakazy odprawiania mszy świętych, wykupywanie towarów ze sklepów, robienie weków (a mam znajomą, która już zaczęła je robić), płacenie za maseczki wielkich pieniędzy itd. są już zwyczajną...
Biskup włocławski Wiesław Mering wydał zakaz przewodniczenia liturgii i głoszenia homilii przez arcybiskupa Jana Pawła Lengę. Nie może on także wypowiadać się dla mediów.  Mam świadomość, że działalność arcybiskupa Lengi może budzić kontrowersje. Jego ostra, często niesprawiedliwa i przesadzona krytyka papieża Franciszka trudna jest do pogodzenia z katolicką ortodoksją, a już na pewno z ortopraksją. A jednak zakaz publicznego sprawowania mszy, spotkań, a także wystąpień medialnych zupełnie mnie nie przekonuje. A to dlatego, że jest klasycznym działaniem pozornym. Dlaczego tak uważam? Nie kwestionuję, że biskup miał prawo wydać taki zakaz. Miał, ale dotyczy on wyłącznie jego diecezji. Tak więc arcybiskup Lenga nie może działać publicznie na terenie diecezji włocławskiej. I tylko...
Jeśli ktoś liczy na to, że najnowsza adhortacja posynodalna papieża Franciszka zakończyła debatę na temat poluzowania reguły obowiązkowego celibatu kapłanów, to jest w błędzie. W adhortacji na temat Amazonii papież Franciszek milczy na temat celibatu i diakonatu kobiet, co wyjątkowo rozwścieczyło część progresywistów i zadowoliło konserwatystów.  Warto jednak pamiętać, że nie musi to oznaczać końca dyskusji czy tego, że nic w tej kwestii się nie zmieni. Franciszek może wrócić do tego tematu, może zmienić dyscyplinę, a nie ulega wątpliwości, że będą trwały naciski w tej sprawie. Postępowi katolicy (a tych jest obecnie wśród teologów i hierarchów niemało) już wyrazili niezadowolenie z ucięcia tematu, a także przypomnieli, że ostatecznie sam papież podkreślił, iż jego dokument nie...
Lobby LGBTQ ma dwie zasadnicze strategie w kwestii zmiany prawa i obyczaju. Po pierwsze, jest to strategia salami, po drugie – budzenia współczucia. I obie są stosowane w słynnej ostatnio sprawie dziecka rzekomo krzywdzonego przez polskie państwo. O co chodzi? O to, że dziecko, które ma w dokumentach hiszpańskich wpisane jako rodziców dwie matki, nie może otrzymać w Polsce numeru PESEL. I to jest rzekomo dowód na straszliwe prześladowania i atak na biednego malucha. Problem polega tylko na tym, że w tej sprawie państwo polskie ma rację. Nie można wydać dokumentu, w którym jako rodzice widnieją dwie matki. A to dlatego, że każdy ma matkę i ojca, nawet jeśli ojciec jest nieznany. Matką biologiczną jest kobieta, która urodziła, a jeśli nasienie pochodziło z banku spermy, to ojciec jest...
Dyskusji o celibacie nie da się zatrzymać. A nawet jeśli jesteśmy zdania, że dyscypliny w tej kwestii nie należy zmieniać, to i tak dobrze jest stawiać w tej materii pytania i mierzyć się z nimi. Zaskakuje mnie podejście części katolickiej opinii publicznej w Polsce do jakichkolwiek pytań odnoszących się do łacińskiej tradycji obowiązkowego celibatu.  Uwagi o szatańskiej manipulacji, uleganiu złemu duchowi czy byciu postępowym (choć akurat tradycja wschodnia postępowa nie jest) to niestety standard. A przecież zadawanie pytań nie oznacza odrzucenia jakiejś tradycji. W Kościele nie trzeba ślepo powtarzać pewnych tez, można o nie pytać, pogłębiać ich rozumienie. Inaczej doktryna i wiara umierają. I właśnie dlatego chciałbym na moment zatrzymać się nad znakomitym uzasadnieniem...
Eutanazja bardzo głęboko zmienia filozofię medycyny. Jak dotąd jej celem było ratowanie życie, jego przedłużanie, ewentualnie zapewnienie godnego umierania. Tam jednak, gdzie wprowadzono eutanazję, wspomagane samobójstwo (niezależnie od nazwy, pod którym zabiegi te funkcjonują), do tego, co było oczywistym celem medycyny, dodano jeszcze zabijanie pacjentów. I nie ma co ukrywać, że jest to fundamentalna, gigantyczna rewolucja.  Najlepiej widać to w wypadku hospicjów, które w krajach, gdzie zalegalizowano eutanazję, głęboko się zmieniają, a zmiany te często są wymuszane. Tak dzieje się obecnie w Kanadzie, gdzie niewielkie hospicjum w Brytyjskiej Kolumbii może zostać pozbawione publicznych środków na normalne funkcjonowanie. Powodem jest zaś to, że jego twórcy odmawiają...
Jeśli było jakieś wydarzenie rzeczywiście przynoszące rewolucję w Kościele katolickim, to – wbrew temu, co wciąż powtarzają konserwatywni chrześcijanie – wcale nie są to reformy Franciszka (choć i one zmieniają bardzo wiele), ale wcześniejsza decyzja Benedykta XVI o rezygnacji z urzędu. Emerytura Benedykta XVI, niezależnie od tego, jakie były jej przyczyny, zmieniła symbolicznie postrzeganie papiestwa i jego usytuowanie.  Jedną z rzeczy, do których trzeba się przyzwyczaić, jest to, że obok urzędującego papieża jest papież-senior. I on także ma prawo się wypowiadać. A jako że w Kościele wielogłos zawsze był i jest normą, to chyba jasne, że w wielu kwestiach papież-emeryt może mieć i będzie miał odmienne zdanie od papieża. Tak po prostu będzie, jeśli kolejni papieże będą odchodzić...
Są sytuacje, które po ludzku trudno jest zrozumieć, które po ludzku zwyczajnie nie mają sensu, ale gdy spojrzeć na nie z perspektywy głębszej niż codzienność, nabierają niezwykłego sensu. Byłem kilka dni temu na pogrzebie. Kościół pełen ludzi, kilkunastu księży, a nawet biskup. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był to pogrzeb dwunastoletniej dziewczynki, głęboko niepełnosprawnej, która od lat była podłączona do respiratora, a wcześniej i tak miała bardzo ograniczony kontakt z otoczeniem. Dla wielu zwolenników nowoczesności życie osób takich jak ona jest tak bardzo pozbawione „jakości”, że aż nie jest jasne, czy jest sens pozwalać im żyć. Z fałszywego miłosierdzia pozwala się na zabijanie takich ludzi. Dlaczego o tym piszę? Bo Zuzia – wie o tym każdy, kto...
Mistrzem porządków nie jestem, ale zawsze pocieszam się, spoglądając na swoje biurko, że „twórczy nieład” jest na nim mniejszy niż na biurku św. Maksymiliana. Z książkami jest niewiele lepiej. Owszem, kiedyś ułożyłem je w pewnym porządku, ale wciąż ich przybywa, i nie jest łatwo go utrzymać. Efekt jest taki, że niekiedy spędzam wiele godzin na poszukiwaniu niezbędnej mi w danym momencie książki. Tak było kilka dni temu, gdy szukałem lektury dla mojej córki i powieści pewnego amerykańskiego postmodernisty (skądinąd katolika). Ich znaleźć mi się nie udało, ale zamiast tego wpadła mi w ręce, kupiona trzy lata temu, książeczka św. Teresy od Dzieciątka Jezus – „Żółty zeszyt”. Zacząłem ją przeglądać i tak mnie wciągnęło, że wczoraj do późnego wieczora czytałem tylko Małą Tereskę. Nie będę...
Okres świąteczny to poza czasem na spotkanie także dobry moment, by powrócić do dawno odłożonych lektur. Tak jest i ze mną. Po latach wróciłem do „Idioty” Fiodora Dostojewskiego. I jak zawsze po lekturze książek tego wielkiego pisarza dochodzę do wniosku, że był on nie tylko prozaikiem, nie tylko myślicielem religijnym i świeckim, lecz także prorokiem. „Idiota” (a przecież „Biesy” czy „Bracia Karamazow” to teksty jeszcze głębsze) to niesamowita analiza niszczącej siły namiętności, a poza tym to tekst prorocki. W XIX wieku rosyjski pisarz przewidział, dokąd zaprowadzi Europę pozbawiony moralnych korzeni kult techniki i nowoczesności, które mają uzdrawiać wszystkie choroby. „Nie dowierzam (…) wozom, wiozącym chleb dla ludzkości!” – mówi o kolejach żelaznych, o technice, która je zrodziła...
Boże Narodzenie, warto o tym pamiętać, to nie tylko piękne i ciepłe święto rodzinne, ale także przypomnienie, że Bóg tak bardzo wszedł w naszą codzienność, że aż stał się człowiekiem. To ma zaś skutki także dla naszej codzienności, dla naszego życia. I to nie jedynie prywatnego, ale także publicznego. Chrześcijaninem, katolikiem jest się nie tylko w życiu prywatnym, w zaciszu domu czy świątyni, ale też w życiu publicznym, politycznym, społecznym. To jedna z tych prawd, które pozostają nie do pogodzenia z pewnym postrzeganiem liberalnej demokracji, ze szczególnymi jej rozumieniami, które domagają się, by chrześcijanin (tak jak każdy inny członek wspólnoty politycznej o wyrazistych poglądach) ograniczył swoje działanie w sferze publicznej, wyrzucając z niej element Absolutu. Jeśli jednak...
List arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, w którym przeprasza on za zaniedbania w sprawie skandalu z arcybiskupem Juliuszem Paetzem, naprawdę cieszy. Szkoda tylko, że w wielu parafiach tego fragmentu w ogóle nie przeczytano. Jeśli jednak ktoś ma nadzieję, że dokument ten, a także odmowa pochówku w katedrze, kończy sprawę, to powinien posłuchać wypowiedzi prezesa Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcina Przeciszewskiego ze spotkania, które odbyło się w ramach Ogólnopolskiego Forum Młodych we Wrocławiu.  Tam właśnie prezes KAI publicznie przyznał, że abp Juliusz Paetz w 1983 roku „do Łomży pojechał na zesłanie, to był podstawowy błąd”. „Jego skłonności zostały rozpoznane w Watykanie” i „Watykan chciał się go pozbyć” – podkreślał. I choć już wcześniej mówili o tym dziennikarze, to...
Czasem trzeba pisać o rzeczach oczywistych, szczególnie gdy w wielu miejscach w Kościele przestały one już takie być. Jednym z przykładów jest podejście do Komunii świętej, która stała się „prawem wiernego” i to do tego stopnia, że jej odmowa to powód do skandalu. Tak jest w diecezji Grand Rapids, w której ksiądz Scott Nolan poinformował – osobiście, i nie w czasie Mszy świętej – swoją parafiankę Sarę Smolenski, że nie może ona przystępować do Komunii świętej, ponieważ zawarła cywilne „małżeństwo homoseksualne”. Kobieta rozpętała burzę, wezwała na pomoc media i zażyczyła sobie, żeby odwołać księdza z parafii. Na szczęście biskup wziął księdza w obronę i pozostaje on na parafii. Liberalne media grzmią teraz o rzekomej eucharystycznej dyskryminacji, ale to zwyczajna bzdura. Kościół jest...
Podróże kształcą. Szczególnie te odbywane samolotami, bo w czasie lotu można nadrobić lekturowe zaległości. I tak właśnie się stało podczas mojego lotu do Bejrutu. A że książki fascynujące, to z Czytelnikami „Gazety Polskiej” trzeba się nimi podzielić. Zacznę od lektury ateisty, ale pozycji ożywczej. Po przeczytaniu dzieł „nowych ateistów” (Richard Dawkins, Daniel C. Dennett, A.C. Grayling, Sam Harris i nieżyjący już Christopher Hitchens), którzy z antyreligijności uczynili fanatyczną religijność, lektura Tima Crane to naprawdę inspirujące doświadczenie. Ten filozof i ateista doskonale dostrzega, że religia nie jest wcale opium dla ludzi wierzących i wcale nie uwalnia od egzystencjalnych lęków. „... wiara nie jest pewnością, ale raczej czymś w rodzaju usilnych zmagań, mających na celu...
Za kilkanaście dni startuje w Niemczech „Droga Synodalna”, czyli wielkie – zaplanowane na dwa lata – spotkanie poświęcone głębokiej reformie Kościoła. Biskupi i świeccy (z równym prawem głosu i w równej liczbie) będą rozmawiać na temat władzy w Kościele, rewizji katolickiej etyki seksualnej, nowych modeli życia kapłańskiego (czytaj celibatu) i roli kobiet w Kościele (święcenia diakonatu, a kto wie, czy nie kapłańskie). Zmiany wprowadzone przez ową drogę synodalną prawdopodobnie zostaną później (jeśli nic się nie zmieni) w większej lub mniejszej części zatwierdzone przez Watykan i samego Ojca Świętego, a z czasem narzucone katolikom w całej Europie (choćby za pośrednictwem Synodu dla Europy, którego powołanie postuluje już część niemieckojęzycznych biskupów). Polska od tych zmian wcale...
Fałszywe miłosierdzie zagraża nam coraz bardziej. I wcale nie chodzi mi tym razem o dyskusyjne rozumienie miłosierdzia, które obecne jest w rozmaitych nurtach teologii, ale o to, które na naszych oczach zmienia etos medycyny i prowadzi do rozszerzania prawa do eutanazji czy wręcz zabójstwa z litości na kolejne grupy osób. Doskonałym przykładem elementu tej rewolucji są badania, które przeprowadzono na pediatrach z trzech holenderskich szpitali. Aż 84 proc. z nich chce, aby możliwe (czytaj zgodne z prawem) było aktywne przerywanie życia (czyli eutanazja, ale bez świadomej zgody pacjenta, do której choćby dzieci nie są zdolne) dzieci w wieku od jednego do dwunastu lat. Obecnie takie działania są przez holenderskie prawo zakazane, a można tylko dokonywać eutanazji (a w zasadzie zabójstwa...
Nie ustają komentarze na temat Synodu Amazońskiego. A większość z nich, wbrew nastrojom naszych polskich mediów katolickich, wcale nie jest utrzymana w duchu: „Nic się nie stało, kochani, nic się nie stało”. Ogromna większość komentatorów z każdej strony katolickiej debaty, przekonuje, że ten synod był elementem głębokiej rewolucji (w najlepszym razie głębokiej reformy Kościoła) i nic już nie będzie po nim takie samo. Dokładnie taką opinię, a jest ona w pewnym sensie symptomatyczna dla tej debaty, wyraziła redaktor naczelna francuskiego katolickiego dziennika „La Croix” Isabelle de Gaulmyn. Jej zdaniem, Synod Amazoński to „koniec Kościoła trydenckiego”. Jaki jest problem z takimi komentarzami? Odpowiedź jest prosta: maskują one czy wręcz przesłaniają prawdziwy temat dyskusji. Tak się...
Nasza, konserwatywna strona zbyt często toczy walki nie z tymi zagrożeniami, które są najpoważniejsze, lecz z tymi, które najłatwiej prowadzić (bo najprościej zdobyć dla nich pełne poparcie i jeśli nawet nie są one łatwe do wygrania, to przynajmniej nietrudno je rozegrać). Tak jest z walką z seksualizacją dzieci. Wytaczamy wielkie armaty (słusznie) przeciwko ideologii LGBTQ, lekcjom edukacji seksualnej, a nie walczymy niemal w ogóle (z chlubnym wyjątkiem Twojej Sprawy) z tym, co je naprawdę najmocniej seksualizuje. I żeby nie było wątpliwości – ja też jestem przeciwnikiem tęczowych piątków, bo są one głównie narzędziem propagandy i miękkiej indoktrynacji. Nie jestem wielbicielem edukacji seksualnej w szkołach, bo nie ma jej bez elementu aksjologicznego, a ten różni rodziców i dzieci,...
Nieodmiennie zaskakuje mnie, jak lewica i część liberalnie nastawionych komentatorów traktuje średniowiecze i państwo krzyżowców. I wcale nie chodzi mi o krytykę, historyczne zarzuty, o to, że wskazuje się na błędy. To można i trzeba robić. Można i trzeba rozliczać krucjaty za błąd, by nie powiedzieć eklezjalną zbrodnię, którą było zdobycie Konstantynopola, ale trudno już nie dostrzec, że jeśli chodzi o okrucieństwo, to zdobycie Jerozolimy przez krzyżowców było klasycznym sposobem prowadzenia wojen i w niczym nie ustępowało stylowi, w jakim wojny prowadzili muzułmanie. Ale nie ahistoryzm jest najgroźniejszy, lecz ignorancja. Średniowiecze, wbrew temu, co opowiadają lewicowi ideolodzy, to epoka niezwykłego rozwoju ludzkiej myśli i ludzkiego ducha. Dla Europy i świata wynika z niej o...
Nie jestem admiratorem lewicowej szkoły publicystyki historycznej, która z pasją zajmuje się odbrązawianiem polskiej (a w pozostałych krajach innych) historii. Nie przekonuje mnie twierdzenie, że wszystko, co miejscowe, jest złe, a jeśli, nie daj Boże, jest chrześcijańskie i narodowe, to już w ogóle nie da się o tym powiedzieć nic dobrego i trzeba się zająć walką z tym. Takie myślenie to szkodliwa bzdura, niebezpieczna dla przyszłości narodu, ale i wspólnoty cywilizacyjnej, jaką jest Europa. W niczym nie zmienia to faktu, że nie jestem także wielbicielem szkoły historii mitycznej, w której nie ma miejsca na brudne karty, problemy czy haniebne wybory. Ta szkoła jest równie groźna i równie mało roztropna. Ostatnio jej zwolennicy ujawnili się przy okazji dyskusji o Oldze Tokarczuk i jej...
Nieczęsto zdarza mi się chwalić wyroki zachodnich, a już szczególnie brytyjskich, sądów. Tym razem jednak tak będzie, bowiem sędzia Andrew McFarlane swoim wyrokiem ocalił zdrowy rozsądek i normalność w kwestiach rodzinnych i uznał, że jeśli ktoś ofiarował komórkę jajową do zapłodnienia, później nosił dziecko w swojej macicy, a na koniec je urodził, to jest matką, a nie ojcem tego dziecka. Ta historia zaczyna się w roku 2012, kiedy pewna kobieta rozpoczyna procedurę „zmiany płci” na męską, i zaczyna się określać mianem Freddy McConnell. W 2014 roku przechodzi ona operację usunięcia piersi, ale… zachowuje macicę. W kwietniu 2017 roku przeszedł inseminację, a w styczniu roku 2018 urodził dziecko. Wówczas rozpoczął prawną walkę o uznanie go za ojca. Brytyjski sąd rodzinny odrzucił jednak...

Pages