W sprawie Wołynia trzeba robić znacznie więcej

Wywiad z Ewą Siemaszko, autorką licznych artykułów, książek i wystaw nt. zbrodni wołyńskiej, laureatką nagrody im. Józefa Mackiewicza, członkiem kapituły nagrody Kustosz Pamięci Narodowej – rozmawia Piotr Ferenc-Chudy.

Nie będąc zawodowym historykiem, jest Pani jednym z najbardziej uznanych badaczy ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów. Skąd się wzięło zainteresowanie tym tematem i kiedy się ono zaczęło?

Najpierw kibicowałam Ojcu, który w II połowie lat 80., jako były żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, przygotowywał wraz z kolegą śp. Józefem Turowskim pierwsze opracowanie – rejestr zbrodni ukraińskich na Wołyniu, które w małym nakładzie zostało wydane w 1990 r. Dawni mieszkańcy Wołynia żywo zareagowali na nie, przysyłając relacje o zupełnie nieznanych faktach i sprostowania, więc zaistniała potrzeba kontynuowania tej pracy.

Jak emocjonalnie daje sobie Pani radę z potwornościami informacji płynących z relacji, dokumentów i fotografii dotyczących wołyńskiego ludobójstwa, których przecież tysiące musiały przejść przez Pani ręce?

Psychicznie jest to trudne do udźwignięcia. Nieraz nie dawałam rady od razu przeczytać całego świadectwa koszmarnych przeżyć. Musiałam przerywać, zająć się czymś innym. Zrezygnować jednak nie mogłam, bo uważałam, że byłaby to jakby „zdrada” ofiar i ich rodzin, którym zależało na ukazaniu męczeństwa wołyńskich Polaków i wpisaniu go w pamięć zbiorową.

Czy państwo polskie w jakikolwiek sposób pomogło Pani i Pani Ojcu w prowadzeniu badań, które chociażby z racji licznych wyjazdów w teren musiały być kosztowne?

Państwo nie było zainteresowane tą tematyką. Pewnej pomocy w udostępnianiu materiałów udzielili nam niektórzy pracownicy ówczesnej Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. I to wszystko.
 
Niejednokrotnie widywałem Panią na terenie dzisiejszej...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: