Leniwe lemingi

Leming nie idzie do lokalnych wyborów ani na referendum, bo go to fundamentalnie nic nie obchodzi.
 
Kilkakrotnie wskazywałem w swoich felietonach, że w naszym systemie samorządowym słabo wykorzystywana jest możliwość rozpisywania referendum obywatelskiego, czyli zainicjowanego wnioskiem mieszkańców samorządowej wspólnoty, poprzedzonym akcją zbierania podpisów. Za każdym razem rzecz dotyczyła stolicy, a tak naprawdę to samej Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nie robię sobie złudzeń, że akcja zainicjowana w maju w Warszawie, mająca w efekcie doprowadzić do pozbawienia stołecznego prezydenckiego fotela wiceszefowej Biura Politycznego KC PO, czy jak tam się obecnie zwą naczelne organa PRL-bis, jest efektem moich niecnych i wrogich podszeptów, niemniej sam pomysł zaatakowania kierowniczej roli partii na samorządowym zapleczu uważam za celne trafienie.

Dlaczego ataki na przyczółki regionalne partii ludu pracującego miast i wsi traktuję jako taktycznie właściwsze niż jedynie mocowanie się z Platformą na ogólnokrajowej scenie? Ano z trzech podstawowych przyczyn. Po pierwsze, skuteczne podmywanie bastionów regionalnych wprowadza do publicznego obiegu atmosferę słabnącego przeciwnika. To – mówiąc cynicznie – samospełniająca się przepowiednia. W im większej liczbie miejsc w kraju dotychczasowy hegemon bierze cięgi, tym większa szansa na postępującą dekompozycję obozu rządzącego, a w konsekwencji na to, że w kolejnych wyborach te cięgi zmiotą go ze sceny.

Po wtóre, zdolności mobilizowania choć młodych, to doprawdy nieruchawych i zupełnie nieaktywnych w obszarze samorządowym lemingów są w moim przekonaniu dużo mniejsze niż starszych i pozornie zmęczonych, ale efektywnie znacznie bardziej aktywnych społecznie nas, czyli moherów. Jedyną możliwością pozostającą obrońcom lokalnych platformerskich kacyków jest próba bojkotu referendów obywatelskich w takiej skali, by wynik głosowania, choć miażdżący dla władz, był jednak bez znaczenia ze względu na...
[pozostało do przeczytania 41% tekstu]
Dostęp do artykułów: