Urban sypie salon

O Jerzym Urbanie wiele powiedziano, ale endekiem czy ONR-owcem jeszcze nie był. No to właśnie został. Wydał oto wspomnienia, w których tak pisze o swoich rodzicach: „Ich społeczeństwem, narodem i towarzystwem byli tacy jak oni, czyli inteligencja i burżuazja o żydowskich korzeniach. (…) W gronie znajomych moich rodziców nikt nie był katolikiem, przechrztą ani Polakiem o słowiańskich korzeniach. (…) Istniała wyraźna odrębność towarzyska, nie ma mieszanych małżeństw, zawiera się je tylko w swoim gronie. Jednakże (…) żadnej świadomości żydowskiej, przeciwnie, obrzydzenie i pogarda w stosunku do żydowskiej hołoty, mówiącej w jidysz i chodzącej w kapotach, wrogość (…) cechująca ludzi, którzy z czegoś wyrośli i nie chcą mieć z tym nic wspólnego”.

To oczywiście jedno z wielu takich świadectw, ale wyciągam je z satysfakcją ze względu na osobę autora. A po co wyciągam? Tym razem nie po to, by wskazywać na korzenie typowych dla salonu III RP fobii, traum i natręctw, ale jako pendant do sporu o antysemityzm w międzywojennej Polsce. Na moje twierdzenie, że miał on głównie przyczyny ekonomiczne i społeczne, środowisko skupione wokół „Gazety Wyborczej” wielokrotnie reagowało histerycznym zaprzeczeniem, a głównym wątkiem tego zaprzeczania było twierdzenie, że przedwojenni Żydzi bardzo chcieli się asymilować, tylko wredni endecy, ze swą rasową fobią, im to uniemożliwiali.

Oto i macie dowód z pewnego źródła, że wcale nie. To znaczy, kto chciał, ten pewnie chciał, i pewnie znalazł się tu i ówdzie rasista, któremu nawet przykładny Polak-katolik z racji krzywego nosa zalatywał czosnkiem. Ale problemem było, jak widzimy, to, że asymilowani tworzyli własną, odrębną tożsamość, kultywującą obcość wobec świata Polaków-katolików wciąż nazywanych „gojami”, „egzotycznego dla nich (…), tak jakby mieszkali gdzieś na Malajach”. Na dodatek nieodłącznie wiązała się ta post-żydowska tożsamość, wykorzeniona z jednej kultury i niechętna zakorzeniać się w drugiej, z...
[pozostało do przeczytania 10% tekstu]
Dostęp do artykułów: