Skłócający ornitolog

Gdyby ornitolog nie fruwał, to pewnie uwierzyłbym jego źródłom bez zastanowienia. Bo obecna sytuacja w PO jest – jak wszyscy wiedzą – napięta. Wiadomo, że nawet przy najlepszych układach partia rządząca nie poprawi wyniku z 2007 r. – a to znaczy, że nie wszyscy, którzy dziś mają mandaty poselskie, mogą liczyć na następną kadencję. A nie dość, że miejsca na krze coraz mniej, to jeszcze dodatkowo ograniczają je fanaberie kierownictwa, które najpierw wymyśliło parytety, potem zapowiedziało, że na „jedynki” da ministrów, bo ci są bardziej popularni od lokalnych działaczy (Grabarczyk jako wyborcza „lokomotywa” – cóż za metafora i wróżba! Szczerze życzę, żeby się spełniła), a teraz mówi się jeszcze o bezpartyjnych celebrytach. W tej sytuacji dla wygryzienia posłanki z miejsca na liście jej podwładni mogą sięgać nie po takie sposoby.

Gdyby więc Migalski nadal był tylko obserwatorem, a bodaj nawet zdeklarowanym ki
bicem, skinąłbym tylko głową. Ale że jest działaczem konkretnej partii, PJN (której rozwój, zapewne w odróżnieniu od członków redakcji, śledzę ze sporą życzliwością) mam dwa podejrzenia. Złe i dobre – albo, albo.

Źle jest, jeśli ornitolog sam złapał ptasią chorobę. Jest szczególnym, zawodowym schorzeniem polityków, że kompletnie nie wierzą, iż cokolwiek na świecie może się stać samo z siebie. A już zwłaszcza w mediach. Co gorsza, nie tylko nie wierzą, ale i głośno mówią, kto za czym, ich zdaniem, stoi i komu co służy. Bardzo zaszkodziło to Jarosławowi Kaczyńskiemu, a dziś powtarzają jego błąd działacze PO. A przecież na Muchę, owszem, mógł ktoś nadać, ale nie musiał; powiedziała coś tak horrendalnego, że każdy dziennikarz by zareagował. A partyjny biuletyn PO, wbrew pozorom, jest żurnalistom znany, już wcześniej bywał cytowany.

Dobrze natomiast jest, jeśli Migalski świadomie i, he, he, cynicznie próbuje PO skłócić. Jest to właściwy kierunek. Szansa „PaJoNków” na sukces jest bowiem właśnie w tym, aby szukać...

[pozostało do przeczytania 17% tekstu]
Dostęp do artykułów: