Narodowy znaczy zły

Z tej mojej pogardy dziewiętnastowiecznego inteligenta do przyziemnych kwestii ekonomicznych płynie zapewne absolutne niezrozumienie dla licznych „rynkowych” i liberalnych recept wypisywanych naszym narodowym liniom lotniczym przez ekonomicznych dziennikarzy i publicystów oraz przesiąkniętych ekonomicznym fetyszem polityków liberalnych. Na wieść o kłopotach finansowych LOT‑u cały chór wyżej wymienionych entuzjastów wolnego rynku zakrzyknął w mediach, że konieczna jest prywatyzacja LOT‑u. Jak to powtarza w kółko w charakterze prawdy objawionej Leszek Balcerowicz, wszystko, co państwowe, musi być nieefektywne, a zatem remedium na każdą bolączkę przedsiębiorstwa, w którym jakiś udział ma państwo, jest prywatyzacja. Najlepszym przykładem groteskowości tej chronicznej niechęci opiniotwórczych dziennikarzy i polityków do polskiego kapitału państwowego jest wybór inwestora strategicznego dla byłej polskiej, państwowej firmy telekomunikacyjnej, który padł na obcy co prawda, ale jak najbardziej państwowy kapitał.

Być może sprywatyzowanie LOT‑u spowoduje zwiększenie jego ekonomicznej wydolności, ukróci marnotrawstwo i przerosty zbędnego zatrudnienia. Wszystko to jest możliwe, a nawet poważnie prawdopodobne. Powstrzymanie prywatyzacji linii lotniczych zapewne pogłębi finansowy dołek w tym przedsiębiorstwie. Ale prywatyzacja – niezależnie od tego, jaką metodą przeprowadzona – spowoduje zapewne zniknięcie z rynku przewoźnika narodowego. Trzeba się zatem zastanowić, czy tego naprawdę chcemy. Jeśli nie, to powinniśmy liczyć się z cykliczną koniecznością finansowania naszego przewoźnika z naszych podatków. Nie wiem jak Państwo, ale ja nie potrafię sobie wyobrazić zniknięcia linii, dla której hasło reklamowe układał ponoć sam Melchior Wańkowicz. Dominujący nurt medialny jednak zazwyczaj traktuje to, co narodowe jak to, co złe, więc LOT‑owi można dobrze życzyć, ale trudno mu dobrze wróżyć.
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: