Patocelebryci i targowica. Stare wyzwania w nowej odsłonie

rys. Rafał Zawistowski
rys. Rafał Zawistowski

OPINIE [Strzeżmy się agentur]

Świat lewicowo-liberalnej opozycji chętnie pławi się w ostatnim czasie w poczuciu moralnej wyższości. Dodatkowo podsyca ją nieliczna, choć wpływowa sekta patocelebrytów, którzy praktyczne ćwiczenia z moralnej paniki i pedagogiki wstydu opanowali do perfekcji. Za skrajną nieodpowiedzialnością kryje się stary gen destrukcji, który towarzyszył najtragiczniejszym kartom w dziejach polskiego państwa i narodu.

Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej to bodaj najgroźniejszy geopolityczny kryzys, jakiego Polska doświadczyła od początków transformacji. Groźny także swoją fizyczną realnością – ataki na polskie umocnienia przygraniczne, na przejście graniczne w Kuźnicy – to konsekwencja operacji „Śluza”, która pozwoliła Aleksandrowi Łukaszence ściągnąć nad naszą granicę wielotysięczne zastępy „imigrantów”. Cudzysłów jest niestety konieczny, by lepiej uchwycić niebezpieczną niejednoznaczność tego zjawiska. Przybysze z Syrii i Iraku stali się najtańszym mięsem armatnim w pierwszej dużej wojnie hybrydowej w naszym regionie. Wschodnie despocje, Białoruś i Rosja, wytoczyły ją również Polsce. 

Mięso armatnie w hybrydowej wojnie

Rozjuszeni mężczyźni, koczujący w obozowiskach pod polską granicą, rzucający kamieniami w naszych policjantów i pograniczników, są stuprocentowo sterowani i wspomagani przez funkcjonariuszy białoruskiego reżimu. Dziś nikt nie ma co do tego wątpliwości – zbyt dużo jest nagrań i informacji na ten temat, które podają również niezależne białoruskie ośrodki medialne, a także tzw. cyberpartyzanci, czyli białoruscy informatycy, występujący przeciw władzy Łukaszenki. Liberalne zachodnie media i te nasze, polskojęzyczne, skazuje to na potężny dysonans poznawczy. Nie są w stanie oddzielić najbardziej nieraz groteskowego lewackiego komentarza do sytuacji na polsko-białoruskiej granicy od twardych faktów. A te jasno wskazują na odpowiedzialność wschodnich satrapów za przygraniczne zajścia.

Nikt nie ma wątpliwości, także pośród decyzyjnych gremiów Unii Europejskiej, że twarda postawa władz Polski, efektywne działania polskich służb mundurowych, są najlepszym, co mogło się przydarzyć Zachodowi w tym konflikcie. Inna rzecz, że Angela Merkel odwdzięczyła się za to Polsce tak, jak potrafiła. Zatroskana wyłącznie o interesy Niemiec, na własną rękę podjęła rozmowy z Władimirem Putinem i Aleksandrem Łukaszenką. Nic też dziwnego, że jej pupil, Donald Tusk, znów zapadł się pod ziemię – to jego zwyczajowa strategia w kryzysowym czasie. 

Mogłoby się wydawać, że w obliczu tak znacznego międzynarodowego kryzysu, który zagroził integralności polskich granic i wymusił pytania o zdecydowane kroki NATO wobec Białorusi i Rosji, lewicowo-liberalna opozycja skorzysta z szansy, by przynajmniej siedzieć cicho. Nic takiego się nie stało. Przerażające i fascynujące zarazem jest to, że w polskich dziejach powtarzają się nieledwie identyczne schematy antyniepodległościowe i antysuwerennościowe. Zostawmy na boku publicystyczne spory, czy zjawisko, o którym mowa, bliższe jest historycznemu doświadczeniu targowicy, czy politologicznym i socjologicznym analizom, skupionym na opisie kompradorskich elit. Jedno nie wyklucza drugiego. Liczą się kulturowo-historyczne schematy i aktualna metapolityczna treść. Przerażające i fascynujące, powtórzę, jest długie trwanie tych form zaprzaństwa, rozpisane na uaktualnione głosy.

Pogarda i kompleksy niższości

Skrótowo wskazać można dwa czynniki. Pierwszy z nich to wyobcowanie i pogarda względem własnego państwa. Drugi to przekonanie, że powinniśmy zaakceptować swoją rolę mało znaczącego trybiku w geopolitycznych koncertach mocarstw – silny geopolityczny kompleks niższości. W drugiej sprawie to warto podkreślić: zwolennicy „postaw uległościowych” chętnie sprowadzają myślenie niepodległościowe do absurdu, twierdząc, że jego zwolennicy „nie myślą realistycznie”. Tymczasem istnieje spora różnica między tromtadrackim przekonaniem o własnej mocarstwowości a – mocno przecież kulejącym w III RP – myśleniem w kategoriach prymatu interesów narodowych nad potrzebami innych państw i międzynarodowych bytów politycznych czy gospodarczych.

Wróćmy do pierwszej kwestii: wyobcowania i pogardy względem własnego państwa. W tym celują rozliczni patocelebryci (i patocelebrytki oczywiście też). To oni w praktyce zabezpieczają cudze interesy wśród polskiej opinii publicznej. Nawet jeśli robią to nieintencjonalnie, to skutki są równie brzemienne. To wyobcowanie i pogarda w czasach socjal mediów objawia się w formie histerycznego rozedrgania, które każe tym ludziom obrażać, zastraszać, ośmieszać, dezawuować choćby pracę polskich pograniczników. Możemy pocieszać się myślą, że przeważająca część Polek i Polaków brzydzi się podobnymi zachowaniami. Ale dobrze wiemy, że niestety znajdują one niemały poklask wśród części elektoratu lewicowo-liberalnych partii. Praktyczna nauka pogardy do własnego państwa i jego instytucji, bardzo ważnych z punktu widzenia wewnętrznego ładu i bezpieczeństwa Polek i Polaków, to naprawdę fatalny symptom chorób toczących III RP.

Więcej jeszcze: na międzynarodowej arenie takie głosy przydają się jako amunicja w informacyjnej wojnie przeciw Polsce. Wpisuje się to dobrze w stare schematy dyskredytowania Rzeczypospolitej w sytuacjach naprawdę dla niej niebezpiecznych. Dziś wydawać się to może znacznie mniej groźne, niemal kieszonkowe i groteskowe – ale nasi wrogowie nie zapomną tej lekcji. Z pożytecznych idiotów, wychowanków i wychowawców pedagogiki wstydu mają znacznie większy pożytek niż ze zdeklarowanych politycznych prorosyjskich szurów, których intencje i koneksje widać jak na dłoni. Gdy przypomnimy sobie, że carska, despotyczna Rosja chętnie wobec Zachodu tłumaczyła swoją przemoc, nikczemności i zbrodnie wobec osłabionej Rzeczypospolitej najróżniejszymi, rzekomo zagrożonymi u nas wolnościami i swobodami, zobaczymy dziejowy schemat w nowej odsłonie – tyle że mocno zmienił się sam kostium. 

Kapciowi obcych państw 

O ile pierwsza kwestia łączy patocelebrytów (choć jej miłośników i miłośniczki znajdziemy też wśród patoparlamentarzystów), o tyle druga jednoczy przede wszystkim lewicowo-liberalnych polityków. Jest to przekonanie, że powinniśmy zaakceptować rolę Polski jako mało znaczącego trybiku w geopolitycznych układach między silniejszymi. Dla kompradorskich elit jedynie ościenne mocarstwa są gwarantem spokoju Rzeczypospolitej. To poważny błąd logiczny, który wynika z dość słusznego przekonania, że pokój między najsilniejszymi może być też korzystny dla słabszych – jeśli dobrze odnajdą się w panującym układzie sił. Tyle że w praktyce lewico-liberalne elity stawiają się w roli kapciowych i pomagierów najsilniejszych. 

W zamian za kompradorską rentę, która stosunkowo nielicznej elicie pozwala utrzymać własny dobrostan, znacznie większy niźli to, czym dysponuje większość społeczeństwa, prowadzą lub usiłują prowadzić międzynarodowe interesy Polski tak, by przede wszystkim kalkulowały się one innym. Polskie korzyści nie są dla kompradorskich elit celem głównym, lecz ewentualną pochodną cudzych zysków. W sytuacji kryzysowej cudze racje i interesy będą jeszcze istotniejsze – wszelki kryzys z całą brutalnością ujawnia konflikty potrzeb i interesów, tworzy taki układ sił, w którym słabsi mogą co najwyżej zaakceptować swoją pogarszającą się sytuację. I widać wyraźnie, że lewicowo-liberalne elity z ulgą przyjęły próby rozmów ponad naszymi głowami w konflikcie polsko-białoruskim. Ślepe na to, że tego typu rozmowy w naszych dziejach były zawsze sygnałem niebezpiecznych geopolitycznych zmian i wzrastania możliwych zagrożeń.

Puenta? Ta sama jak zwykle w podobnej sytuacji. Strzeżmy się agentur. Choć takie ładne, europejskie i postępowe.

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze