Oszustwo pseudowartości

rys. Rafał Zawistowski
rys. Rafał Zawistowski

OPINIE [Boże Narodzenie, dobro, zło, „wartości europejskie”]

Choć są święta, wciąż trwa Adwent eschatologiczny. To czas czuwania, czyli gotowości i aktywności ciała i umysłu po to, by wpuścić Tego, którego nadejścia oczekujemy. Nie może to być czas biernego wyczekiwania, bo możemy wpuścić kogoś, kogo nie oczekujemy i nie chcemy.

Przy całej swojej niedoskonałości ludzie wcale nie tak chętnie wybierają zło. Jawnie ukazane, raczej odrzuca i przeraża albo irytująco drażni sumienia, co pokazują nerwowe reakcje na furgonetki sprzed Szpitala Bielańskiego. Dlatego żeby skusić człowieka, zło zwykle oszukuje go, przybierając maskę dobra, a człowiek, w swojej głupocie, zachłanności i pysze daje się zwieść, nabierając również samego siebie.

Wywracanie znaczeń

Wielu „Europejczyków” głoszących „europejskie wartości” tak nienawidzi chrześcijaństwa, że uważa je za zaprzeczenie tych wartości. To oczywiste oszustwo, bo to, co przed chrześcijaństwem było w Europie najlepsze, opierało się na tych samych wartościach, które chrześcijaństwo uzupełniło i wzbogaciło. Setki lat przed Chrystusem antyczni Grecy cenili prawdę, dobro i piękno. A co się ceni teraz?

Odrzuca się istnienie prawdy obiektywnej. Znaczenie słów, które tę prawdę powinny wyrażać, podstępnie wywracają na opak ideolodzy albo przejmują w zarząd unijni urzędnicy, żeby podporządkować sobie całe narody. Kiedy słowo „praworządność” w niemieckich ustach faktycznie oznacza „posłuszeństwo”, to zawracamy ku najciemniejszym kartom historii Europy. 

Antyczne świątynie i gotyckie katedry to różne przejawy tego samego piękna, duchowo budującego człowieka. Jakże często zamierzona ohyda współczesnej sztuki ma człowieka duchowo niszczyć, co nierzadko otwarcie potwierdzają sami autorzy.

Dobro, które Sokrates rozpoznawał za sprawą wewnętrznego głosu, nie różniło się od dobra chrześcijańskiego, o czym świadczy to, co wiemy o jego życiu i dobrowolnym przyjęciu niesprawiedliwego wyroku śmierci. Chcąc ukazać człowieka prawdziwie uległego, Platon stworzył w „Państwie” obraz do złudzenia przypominający Chrystusa ukrzyżowanego – blisko 400 lat przed Jego narodzeniem. W czasach niewolnictwa antyczna Europa również miała swój adwent, przygotowywała się na przyjście Tego, który miał znieść wszelką niewolę.

Ci, którzy mówią tyle o „europejskich wartościach”, faktycznie odrzucają i niszczą cały ten europejski dorobek. No, prawie cały, bo czerpią z marksizmu – najbardziej zbrodniczej i zarazem najbardziej uwodzicielskiej ideologii. Ideologii kłamstwa i nienawiści, kuszącej „wyzwoleniem” i „równością”, ale niosącej zniszczenie, niewolę i śmierć. Jej panowanie na uniwersytetach i w umysłach współczesnych elit to znak choroby toczącej naszą cywilizację.

Oszukańcze pseudowartości

Żeby tę cywilizację zwieść, prawdziwe wartości zastąpiono fałszywymi, bałwochwalczo czczonymi pseudowartościami. Rozpoznać można je po tym, że nie są one dobre same w sobie. To, czy są dobre, czy złe, zależy wyłącznie od tego, do czego je odnosimy, bo zależnie od tego przynoszą zło lub dobro, albo po prostu są złe lub dobre. W ten sposób można czynić zło pod szyldem rzekomego dobra. Na tym właśnie polega istota obecnej polityki odwołującej się do równości i równouprawnienia, tolerancji, wolności i wyzwolenia oraz praw człowieka. Polityki z gruntu marksistowskiej, choć wielu jej promotorów zapewne nie jest tego świadomych.

Czczona niczym idol tolerancja jest dobra lub zła zależnie od tego, co mamy tą tolerancją objąć. Tolerowanie uciążliwości chorej starszej osoby jest dobrem i znakiem miłosierdzia, ale tolerowanie wielkiego zła jest niewątpliwym złem, zwłaszcza gdy można je powstrzymać. 

Równość i równouprawnienie są z pewnością złe, kiedy zrównują zło z dobrem i dają im równe prawa. Taki zamęt w głowach nie pozwala odróżnić zła od dobra. W fałszywej moralności zbudowanej na pseudowartościach rolę zła pełni nierówność i nietolerancja, rolę dobra pełni natomiast tolerancja nawet najgorszego zła i zrównująca je z dobrem – czyli przedstawiająca zło jako dobro – czyn prawdziwie diabelski. W tej antymoralności dobro jest „nietolerancyjne”, bo samą swoją obecnością piętnuje zło. W takim ujęciu dobro jest złem, więc ta antymoralność oparta na pseudowartościach musi dobro zwalczać. To właśnie dzieje się na naszych oczach. W ten sposób na bazie równości i tolerancji buduje się zdeprawowaną mentalność i zdeprawowane sumienie.

Kolejną zwodniczą, bałwochwalczo uwielbianą pseudowartością jest postęp, który oznacza po prostu posuwanie się do przodu. Jego ocena zależy od kierunku: jest dobry, jeśli prowadzi ku dobru, zły, gdy prowadzi ku złu, na przykład ku przepaści. 

Wolność i wyzwolenie, z których wywodzi się różne prawa, też uważa się za dobro. Jednak tu również wszystko zależy, od czego się wyzwalamy i do czego mamy mieć prawo, bo ograniczające nas więzy i zobowiązania mogą być złe lub dobre, podobnie jak owe prawa. Dobrem będzie uwolnienie z mafijnych zobowiązań lub dosłownej – fizycznej niewoli (choć raczej nie chcemy wolności dla seryjnych morderców). Jednak wyzwolenie z więzów zasad moralnych oznacza wolność albo „prawo” krzywdzenia innych, jest więc z pewnością złe. Wyzwalając się z dobrowolnie przyjętych więzów i zobowiązań, możemy krzywdzić swoich najbliższych, współmałżonka i dzieci, co jest plagą naszych czasów.

Postępowy holocaust

A co powiedzieć o wolności lub „prawie” zabijania człowieka, którego powołaliśmy do istnienia, ale nie chcemy przyjąć za niego odpowiedzialności, bo to utrudni nam życie? Głosi się „prawo” do aborcji albo „prawo” wyboru, czyli prawo człowieka do zabicia innego człowieka, bo jeszcze nieurodzonemu człowiekowi odmawia się prawa do człowieczeństwa, a co za tym idzie – prawa do życia. 

Tę najbardziej drastyczną formę wykluczenia i dyskryminacji forsują ci, którzy rzekomo walczą z wykluczeniem i dyskryminacją. Protesty przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej mają rzekomo ratować życie kobiet. To oszustwo. W rzeczywistości art. 4a ustawy z 1993 roku dopuszcza przerwanie ciąży zagrażającej życiu matki, a Trybunał nie zajmował się tą kwestią! Słusznie jednak zaznaczył, że „to na władzy publicznej oraz na całym społeczeństwie ciąży obowiązek dbania o osoby znajdujące się w najtrudniejszych sytuacjach” i że ustawodawca nie może przenosić ciężaru wychowania ciężko upośledzonego albo nieuleczalnie chorego dziecka jedynie na matkę.

Rzekome „ratowanie życia kobiet” pod znakiem błyskawic to faktycznie walka o „aborcję bez granic”, czyli o nieograniczone „prawo człowieka” do zabicia innego człowieka. To „prawo człowieka” skazuje żyjące i czujące istoty ludzkie na rozszarpywanie w łonach matek albo duszenie się godzinami w męczarniach po „sztucznym poronieniu”. Tak zwana aborcja przez częściowe urodzenie to przebicie potylicy prawie urodzonemu dziecku (główka wyszła z łona matki albo już tylko ona w nim została), odessanie mózgu przez rurkę, a potem wyciągnięcie i wyrzucenie do kosza drgającego w konwulsjach ciała. Ten proceder popierają najbardziej postępowi politycy USA, w tym prezydenci Bill Clinton i Barack Obama, zaś wsteczny Donald Trump jest przeciwny zabijaniu nienarodzonych dzieci. Inny przejaw postępu: każdego roku w belgijskiej Flandrii poddaje się „eutanazji” ponad 1000 osób bez ich wiedzy i zgody.

Zabijanie „niepotrzebnych” ludzi to postęp. Dlatego starożytną Przysięgę Hipokratesa zastąpiono postępową Deklaracją Genewską i obowiązującym w Polsce postępowym Przyrzeczeniem Lekarskim, usuwając „zacofane” zobowiązania antycznego oryginału: „Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie”.

Zwolennicy postępowych „praw” do aborcji i eutanazji ukazują je jako dobro. Jeśli mogą, odbierają wolność i prawo mówienia o nich prawdy, żeby nie mogła poruszyć ludzkich sumień. Akurat ta wolność i te prawa są ich zdaniem niedopuszczalne – typowa sprzeczność systemu opartego na kłamstwie. Holokaust nienarodzonych rzekomo nie istnieje, bo jego ofiary rzekomo nie są ludźmi.
 
„Wyzwolenie” w praktyce

Wolność bez moralnych ograniczeń daje zatrute owoce. Mówienie o wartościach bez konkretów to często puste słowa, więc jeszcze raz posłużę się przykładem.

W „GP” nr 49 opisaliśmy geja promującego w internecie chemseks – gejowskie orgie, tak wzmocnione zastrzykami narkotyków, że uczestnicy zwykle zapominają o osobnych strzykawkach, wymieniając się HIV, HPV, kiłą i innymi infekcjami.

WCIES, podległy władzom Warszawy ośrodek szkolenia nauczycieli, uznał tego geja za osobę odpowiednią do „budowania norm i kompetencji społecznych” w ramach programu „Szkoła przyjazna prawom człowieka”. Taki wybór wynikał wprost z wytycznych zapisanych w dokumentach będących podstawą miejskich programów edukacyjnych. Zalecają one akceptację różnych związków, orientacji seksualnych i stylów życia, zakazują stosowania norm heteroseksualnych do środowisk homoseksualnych, bo obwinianie gejów o nieprzestrzeganie tych norm to homofobia. Nakazują też „na wszystkich etapach edukacji wprowadzić nauczanie niestereotypowych ról genderowych” oraz „wykorzeniać praktyki oparte na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn”. Lekcje o grupowym seksie naćpanych gejów spełniają te wytyczne. 

Postępowa i „równościowa” edukacja łączy wolność i „prawo” do deprawowania młodych ludzi z odbieraniem prawa do ich obrony przed demoralizacją (to „homofobia”). Taki jest zatruty owoc fałszywych pseudowartości: tolerancji, równości, postępu i wyzwolenia (od moralnych i obyczajowych „przesądów”) oraz „praw” człowieka. 

Po nagłośnieniu sprawy gej zniknął z listy edukatorów „Szkoły przyjaznej prawom człowieka”. Chyba tylko dlatego, że te pseudowartości wystarczająco się wśród warszawiaków nie zakorzeniły. Kiedy to nastąpi, nie będzie przeszkód dla takich nauk w warszawskich szkołach. 

Ale chemseks i tak może się przebić. Na lekcji wystarczy wzmianka edukatorki, by cała klasa zaraz znalazła w sieci film o tym, jak fajnie się szprycować „substancjami” w trakcie gejowskiego seksu. Na pewno znajdą się tacy, którzy tego spróbują, zwłaszcza słysząc, że w gejowskich (i nie tylko) klubach rozdaje się na koszt miasta strzykawki i ulotki o „substancjach” (na przykład takich, które wolno mieszać). Postępowa edukacja staje się bramą do deprawacji i zabójczego nałogu. Jakie „wartości”, takie „prawa”, taka „tolerancja”, taka „wolność” i taka „edukacja”..
 
Zatrute ziarna i zatrute owoce

Zatrute ziarno tego postępu siał m.in. Alfred Kinsey. Biseksualista, ekshibicjonista i wojerysta, nałogowy onanista i sadomasochista, w sumie maniak i dewiant seksualny, ukształtował postępową seksuologię i edukację seksualną na swoje podobieństwo. Badania „naukowe” były dla niego parawanem dla seksualnej samorealizacji, na przykład w postaci dokumentowanych na filmie hetero- i homoorgii szefostwa instytutu wraz z żonami.

Jego praca oparta była na fałszerstwach i zbrodniczych eksperymentach na dzieciach, przeprowadzanych rękami specjalnie opłacanych pedofilów w roli asystentów. Mierzył m.in. liczbę wymuszonych przez nich orgazmów (na przykład 14 w ciągu 38 minut u 11-miesięcznego chłopca). Wyciągnął z tego wniosek, że „w społeczeństwie bez zahamowań prawdopodobnie połowa lub więcej chłopców mogłaby osiągnąć orgazm przed osiągnięciem trzeciego lub czwartego roku życia, [natomiast] bez pomocy bardziej doświadczonych osób odkrycie seksualnie efektywnych technik masturbacyjnych zajmie wielu [chłopcom] przed okresem dojrzewania całe lata”. Na tej podstawie sformułowano tzw. prawa seksualne dzieci, faktycznie oznaczające „prawo” do ich molestowania i deprawowania.

Osławione zalecenia nauki masturbacji w „Standardach edukacji seksualnej” według WHO i BZgA (niemieckiego Federalnego Biura Edukacji Zdrowotnej) nie są więc nadinterpretacją, tylko spełnieniem zaleceń Kinseya. Ściślej zalecenia te spełniały broszury tego samego BZgA z 2007 roku o edukacji seksualnej dzieci w wieku 1–3 i 4–6 lat. Zalecały wymianę seksualnych pieszczot rodziców z dziećmi (homo i hetero) oraz, rzecz jasna, masturbację. Broszury rozprowadzało masowo niemieckie ministerstwo rodziny i młodzieży pod szefostwem obecnej przewodniczącej Komisji Europejskiej, tej, która teraz poucza nas o „europejskich wartościach”. Także z Kinseya wyrosła ideologia LGBTQ, która choć „nie istnieje”, głosi obalenie tożsamości seksualnej, bo „człowiek musi stać się sobie obcy, a nawet potworny, by sięgnąć po człowieczeństwo na zupełnie innym poziomie”.

Zatrute ziarna podlewano dziesiątki lat czołobitnymi pochwałami dokonań Kinseya, głoszonymi przez postępowych seksuologów, aktywistów „praw człowieka” i zwolenników seksualnego wyzwolenia. Wyrosła z nich postępowa seksuologia i edukacja seksualna oraz rzekomo „równościowa” polityka i edukacja, które teraz wkraczają do polskich szkół.

Wartości europejskie – ale jakie?

Czy w ten sposób stajemy się bardziej „Europejczykami”? Zdaniem władz Warszawy – chyba tak. A jak by to widział Sokrates? Według Ksenofonta mówi on tak: „Wstrzemięźliwość jest chyba dla człowieka największym dobrem i konieczną zaletą człowieka. (...) Ludzie niewstrzemięźliwi nie mogą czynić rzeczy najlepszych, natomiast muszą czynić najgorsze, a to znaczy, że pozostają w najgorszej niewoli”.

Sokrates nie był chrześcijaninem ani „katolem”, bo żył 400 lat przed Chrystusem. Z niego wyrasta to, co najlepsze w antyku. Jeśli odcinamy ów sokratejski antyk i chrześcijaństwo, to mówienie o jakichkolwiek „wartościach europejskich” i wartościach w ogóle jest oszustwem. Jednak na to oszustwo bardzo wielu ludzi daje się nabrać i pozwala się prowadzić ku własnej zgubie i zgubie własnych dzieci, nie tylko w kategoriach eschatologicznych, lecz także całkiem zwyczajnych, ziemskich. Trudno pojąć takie zaślepienie. Jedyne racjonalne (choć transcendentne) wyjaśnienie daje Ewangelia św. Mateusza:

Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, 
patrzeć będziecie, a nie zobaczycie.
Bo stwardniało serce tego ludu, 
ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, 
żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, 
ani swym sercem nie rozumieli: 
i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił.

W takiej sytuacji pozostaje nam rada świętego Ignacego Loyoli: „Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie”. Trzeba więc robić, co się da, i wołać za św. Janem Pawłem II: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gazetapolska.pl

W tym numerze