Bezradność

Oburzaliśmy się, kiedy ciała poległych odesłano nam z Moskwy w zalutowanych trumnach. Mówiono, że nasze obawy są niestosowne. Dziś trwają ekshumacje. Rodziny ofiar nie są pewne, czy pochowały właściwą osobę. Poeta Aleksander Rybczyński napisał: „pospiesznie zaszywają zwłoki/ wrzucając do środka gumowe rękawice/ kawałki kory drzew i zlodowaciałe płuca zesłania”. Metafora, która stała się ciałem.

Wątpiliśmy, że Rosjanie zwrócą nam wrak tupolewa. Mówiono, że to kwestia czasu. Zapomniano dodać, że chodzi o kwestię czasu z „Czekając na Godota”.

Ci, którzy nazywają nas „sektą smoleńską”, przezornie pomijają fakt, że nasze przewidywania sprawdzają się co do joty. Niełatwo być oszołomem, który ma zawsze rację. Parszywą rację, opartą na czarnym scenariuszu. Lepiej byłoby choć raz się mylić. Odkryć, że ludzie Władimira Putina bądź Donalda Tuska zachowali minimum przyzwoitości. Klasyczny oszołom potrafi być szczęśliwy w swoim świecie uprzedzeń, konfabulacji, fantastycznych teorii. My musimy się zmagać z rzeczywistością. Każda nasza spełniona przepowiednia rani do głębi, bo oznacza krzywdę wyrządzoną Polsce, rodzinom ofiar, naszej wspólnotowej godności. A przecież mamy także świadomość, że na końcu tego domina hipotez znajduje się ta najstraszniejsza: zbrodnia dokonana na elicie narodu. Spełniające się elementy domina wprawiają w ruch kolejne. Jesteśmy coraz bliżej finału.

Doprowadzenie do sytuacji, w której rodziny ofiar muszą brać na siebie ciężar ekshumacji, to szczególna podłość. W przypadku Smoleńska relacje poetów bywają bardziej precyzyjne od reporterskich kadrów. „Wielkie leśne wysypisko śmieci/ wygięta blacha z biało-czerwoną szachownicą/ przysypana okruchami ziemi” – pisał Roman Misiewicz. Wszyscy pamiętamy siermiężne buldożery i funkcjonariuszy zbierających do parcianych worów „kawałki plastiku metalu kości”. Demon ma zawsze ten sam cel: sprowadzić z wysokości i unurzać w błocie. Dziś smoleńskie rodziny zmuszone są patrzeć na...
[pozostało do przeczytania 38% tekstu]
Dostęp do artykułów: