Trudno o optymizm

Nie jestem zwolennikiem wyborów korespondencyjnych. Nie tylko z tego powodu, że podobny proces powinien zostać przygotowany dużo wcześniej. Obserwacja polskiej polityki nauczyła mnie, że aplikuje się tu nader często prawo Murphy’ego mówiące: jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno. Niestety – skłonność opozycji do bujania polską łódką jest tak duża, że mam wrażenie, iż gdyby okazało się, że wybory korespondencyjne w jakiś sposób będą niewypałem, to wykupią oni nie tylko całą produkcję, ale i wszystkie fabryki ruskiego szampana i będą w nim pływać niczym ryba w wodzie. 

To dlatego torpedują każdy pomysł, aby wybory się odbyły, na przemian strasząc Polaków śmiercią i wysadzając senatem kolejne rozwiązania. I także dlatego uważam, że nie powinny być one przeprowadzone w takiej formie. Obawiam się, że każde uchybienie (nieuchronne w normalnych wyborach, a co dopiero teraz) będzie podnoszone do rangi fałszerstwa. Będziemy świadkami awantur, śledzenia listonoszy, pyskówek, liczenia skrzynek, dopatrywania się spisków i wołania na pomoc wszystkich świeckich świętych – od OBWE po Komisję Wenecką. Wszystko w blasku mediów. Mandat z takich wyborów będzie podważany i awantura potrwa przez lata. To wszystko i tak się stanie, niezależnie od formy wyborów? Cóż, można nie dawać przeciwnikowi amunicji, tym bardziej atomowej. Dlatego zastanawia mnie, dlaczego mierząc siły na zamiary i zdając sobie sprawę z „totalności” opozycji władza nie zdecyduje się na zorganizowanie dwudniowych wyborów (sobota–niedziela), w których komisje otwarte byłyby od 6 do 22, gdzie zachowane byłyby wszelkie (znane ze sklepów spożywczych) procedury bezpieczeństwa i gdzie potencjalnych niebezpieczeństw byłoby dużo mniej. Ale może jestem niepoprawnym pesymistą i to Polacy okażą się w swej zdecydowanej większości wygranymi tych dziwnych wyborów – zagłosują zgodnie z zasadami, sztuką i własnym sumieniem. Jeśli już tak przyszło nam grać, grajmy jak najlepiej. Choć...
[pozostało do przeczytania 0% tekstu]
Dostęp do artykułów: