Światłość świata. Bóg się rodzi, moc truchleje...

W połowie ósmego wieku swego istnienia Rzym władał światem. Od Słupów Heraklesa, poza którymi był nieskończony ocean zachodni, po niebotyczne szczyty Kaukazu, gdzie ponoć wciąż wisiały łańcuchy Prometeusza. Morze Śródziemne wyznaczające środek imperium przemierzały tysiące statków, posiadłości rzymskie w Europie, Azji i Afryce oplatały brukowane drogi, którymi maszerowały niezwyciężone rzymskie legiony. Było jedno prawo, jeden pieniądz, jeden władca – Gajusz Juliusz Cezar Oktawian zwany Augustem, który zamknął bramę świątyni Janusa na znak zakończenia wojen i zapanowania pokoju. Rzym rzucał cień na cały świat jak olbrzymi, królewski dąb. Lecz nie krążyły w nim już żywotne soki. U szczytu potęgi Rzym usychał i tęsknił...  

Starzy bogowie umierali, bo lud przestawał w nich wierzyć. Wiara, która winna być poszukiwaniem świętości w doczesnym świecie i próbą nadania sensu ludzkiej egzystencji, zredukowała się do zbioru rubasznych opowiastek o perypetiach nazbyt uczłowieczonych bogów, czyli do czegoś znacznie mniej niż mitologii. Powtarzane od wieków rytuały, pozbawione świętości, były nudne i jałowe. Lud tęsknił za prawdziwą wiarą.
Filozofia grecka, z której źródła pijemy do dziś, w czasach Oktawiana Augusta zwątpiła nie tylko w świat, ale również w mądrość, czyli w samą siebie. Sceptycy wątpili we wszystko – w bogów, w istnienie prawdy, w dobro. Stoicy skupili się na słowach i logice. Ale logika nie służyła im do badania prawdy, lecz do toczenia jałowych, retorycznych sporów. Epikurejczycy byli przekonani, że istnieje tylko to życie, więc zachwalali szczęście doczesne, nader łatwo myląc je z najprostszymi przyjemnościami i zwykłą rozpustą.

Rozwiązywać bytu przedwieczne zagadnienia
Czemuż duch nieudolny na próżno się kusi?
Ot, lepiej pod wysokim spocznijmy platanem
Lub sosną i różami uwieńczywszy skronie
Rozpraszajmy tęsknotę pełnym wina dzbanem.

Tak pisał Wergiliusz, więc i mędrcy...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: