Jak żyć? Rok później

Od kilkunastu dni pamiętne słowa sprzed roku wracają jak echo do paprykarzy z całej podradomskiej okolicy. Niemal dokładnie po roku od trąby powietrznej i gradobicia z lipca 2011 kilkudziesięciu z nich znów spotkało to samo. Nawałnica była trochę lżejsza, a jej niszczycielskie działanie trwało tym razem krócej. Ale to żadna pociecha dla tych, którzy znów stracili sporą część swoich upraw. Przecież dopiero co, z wielkim trudem, pozbierali się po ubiegłorocznej klęsce. No i kredyty zostały, a bank ma swoje wymagania, i na rozmowy o ludzkim współczuciu to zdecydowanie zły adres...

Jeden kilogram, jeden złoty

Po powrocie z giełdy warzywnej w podwarszawskich Broniszach Stanisław Kowalczyk przez kilka godzin dochodzi do siebie. Po prostu jest koszmarnie zmęczony, bo wyjeżdża z domu dwa razy w tygodniu na całe dwie doby. – I trzeba nieraz w upale spędzić kilkanaście godzin pod słońcem, siedząc na bruku. A potem wyspać się byle jak, w samochodzie – opowiada. Ale nie wyobraża sobie, by nie jeździć, bo przecież zawsze lepiej sprzedać choć część towaru, niż wyhodować i potem wyrzucić. Kowalczyk i tak ma porządny ból głowy z kilkoma tonami cukinii, którą trzyma w magazynie i nie może znaleźć kupca. A ceny? – Lepiej nie mówić – macha ręką z rezygnacją. Pośrednicy za kilogram cukinii czy ogórka płacą producentom złotówkę. Za zieloną paprykę dwa złote. – Niech pan zobaczy, jakie są później przebitki w detalu sklepowym – irytuje się Kowalczyk – Przecież to nie jest żaden wolny rynek, tylko rynek dziki! Państwo w ogóle nie chroni rodzimych producentów, a minister rolnictwa umie tylko przed kamerami zajadać się polskimi truskawkami. Wszystko na pokaz.

Z okolic Radomia, podobnie jak pan Stanisław, na podstołeczną giełdę ruszają i inni. To żadna droga w poszukiwaniu własnego eldorado. Raczej konieczność. A oni chcą dzisiaj tylko przeżyć, popłacić rachunki, utrzymać dzieci. Bo lata, gdy plantatorzy papryki czy fasoli z okolic Radomia...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: