Albo film, albo polityka

Patryk Vega chciał zapewne ujawnić, jak zakłamana jest polityka. A tymczasem pokazał, jak zakłamane potrafi być kino. Właśnie na przykładzie swojego filmu „Polityka”.

Ta premiera miała straszyć przed wyborami. Straszyć odkryciem utajonych prawd. Miało być błoto politycznych polskich podwórek i wielkie przekręty na wielkiej politycznej scenie. Wyszła rubaszna komedia, w której reżyser strzela do polityków równie niecelnie, jak jego bohater pudłujący na poligonie wojskowym do plansz. Oczywiście wspomniana postać jasno nawiązuje do Bartłomieja Misiewicza. Odniesienia do konkretnych osób i zdarzeń są tak oczywiste, że pozostają poza dyskusją. Plansza kończąca film (wyświetlana zbyt krótko, by móc ją przeczytać w całości), z informacją, że Antoni Królikowski wcale nie gra Misiewicza, przypomina tłumaczenie dziecka, które nie odrobiło pracy domowej, bo po drodze porwało je ufo. I po co ten cały cyrk?

„Polityka” skompromitowała Vegę. Ale zrobiła też znacznie więcej. Głośny i wyrazisty twórca swoim najnowszym dziełem nie tylko ośmieszył się, ale również zdyskredytował swoje poprzednie filmy, które miały dotykać wrażliwych kwestii bezpieczeństwa czy zdrowia. Zrobił film interesowny politycznie, kłamliwy w swych odwołaniach do konkretnych osób i obrażający katolików. Fakt, że reżyser odebrał sobie wiarygodność, to jedno. Gorzej, że przy okazji położył cień na to, czego wcześniej dokonał. Co uzyskał? Poklask konkretnej opcji politycznej, czyli to, czego filmowcy chcący być określani mianem „niezależni”, unikają jak ognia.

„Polityka”
reż. Patryk Vega
Polska, 2019
ocena 1/6
[pozostało do przeczytania -3% tekstu]
Dostęp do artykułów: