Wielka „afera” małej „Emi”

Rozniecona do granic histerii sprawa „farmy trolli w Ministerstwie Sprawiedliwości” niejako przy okazji obnażyła kilka słabości naszego życia publicznego, stała się też dowodem na to, jak nisko upadło rzemiosło, które kiedyś nazywane było dziennikarstwem.

Patologia, która toczy polskie środowisko sędziowskie, obnażyła się przy tym jak zamtuz po usunięciu drzwi. Jednym słowem „afera” okazała się pożyteczna wbrew jej autorom i wbrew intencjom tych, którzy ją wyolbrzymiali. Ale po kolei.

„Śledztwo” der Onet
Teksty, które ujawniły sprawę, zostały napisane na poziomie szkolnej rozprawki. Tyle w nich dziennikarstwa śledczego, co w kuzynku Starskim demona i – dalej posługując się jeszcze metaforyką Prusa – ten tekst nie jest szampańsko śledczy, ma jedynie zalety starego sera, który podnieca chore żołądki, ale prosty smak może pobudzić do wymiotów jedynie. Skąd tak surowe słowa?
Cóż w tekstach Onetu jest śledczego? Histeria i wyolbrzymienie jedynie. Jaka to bowiem „farma trolli”, skoro do Onetu zgłosiła się jedna niezrównoważona i zawiedziona w jakichś ukrytych rachubach niewiasta o internetowym pseudonimie „Emi” i przyniosła swoją korespondencję z kilku komunikatorów, którą prowadziła m.in. z wiceministrem sprawiedliwości Łukaszem Piebiakiem i jeszcze jednym sędzią delegowanym do ministerstwa? Tyle, ile otrzymały zuchy z Onetu, tyle i opublikowali, reszta to bowiem propagandowe inkrustacje służące jedynie wzmożeniu histerii i napędzeniu wiatru w żagle opozycji wobec obecnego rządu. Oczywiście celebrycka orkiestra mediów „niezależnych” (od polskości w szczególności) roztrąbiła to do rozmiarów burzy, jednak pozostanie z tego jedynie kolejny wyziew niemieckiej fabryki newsów dla Polaków. Jedna kobieta prowadziła dziwaczne rozmowy z wiceministrem, który okazał się być po prostu nieodpowiedzialny i nie trzymał na wodzy swoich nerwów. Zdaję sobie sprawę z faktu, że obecnie Ministerstwo Sprawiedliwości jest jak...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: