Nauczyciel z koszem na głowie…

Kiedy w 2003 roku uczniowie założyli nauczycielowi języka angielskiego kosz na śmieci na głowę i wytarli mu twarz gąbką do ścierania tablicy, wybuchła krótkotrwała dyskusja o tym, co się dzieje w polskich szkołach. Trwała krótko i nie doprowadziła do większych zmian. Tymczasem zawód nauczyciela coraz bardziej się pauperyzował i spadał w rankingu prestiżowych profesji. Do zawodu zaczęli trafiać ci, którzy nie poradziliby sobie w innych dziedzinach zawodowej aktywności.

Zawieszony właśnie strajk nauczycieli, któremu przewodził lewicowy Związek Nauczycielstwa Polskiego, stał się okazją do gruntownej refleksji, swoistej lekcji na temat stanu polskiej edukacji. To może okazać się ozdrowieńcze, ale pod warunkiem, że wszyscy z tej lekcji wyciągną konkretne wnioski. Polska szkoła może zostać naprawiona, do tego potrzeba jednak nie tylko dobrej diagnozy choroby, która narasta od wielu lat, lecz także wspólnego działania rządu i tych środowisk, którym leży na sercu realna poprawa poziomu kształcenia naszych dzieci.

Problem autorytetu
Jeszcze pokolenie wcześniej nauczyciel był w szkole niepodważalnym autorytetem, i to zarówno dla uczniów, jak i dla ich rodziców. Dziś ta sytuacja uległa zmianie. W szkole najważniejszy stał się rodzic i jego opinia o nauczycielu. Dyrekcje szkół rozliczają nauczycieli z tego, czy rodzice są z nich zadowoleni. Nauczyciel, który wymaga wiedzy i ją skutecznie egzekwuje, stał się problemem. Rodzice często nie mają o nim dobrej opinii, a w ślad za tym i dyrekcje szkół nie przepadają za takimi – poważnie traktującymi swoje zadania – nauczycielami. Proces „demokratyzacji” polskiej szkoły przybrał zły obrót. Coraz bardziej zaciera się dystans pomiędzy uczniami i nauczycielami. Na domiar złego, dobrze zarabiający rodzice czasem nie hamują swojego pobłażania, by nie rzec pogardy, wobec o wiele niżej uposażonych nauczycieli swoich dzieci. Nauczyciele nie są traktowani jako najważniejsze osoby,...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: