Słaba psychika prawicy

21 października 2018 roku czekałem przede wszystkim na jedną informację: jaki będzie wynik wyborów do sejmików wojewódzkich. Nie będę kłamał, że nie interesowałem się widowiskowym pojedynkiem o fotel prezydenta Warszawy, ale w kontekście analizy preferencji wyborczych było to dla mnie wydarzenie drugorzędne. Interesowały mnie sejmiki, ponieważ tylko ta część wyborów samorządowych daje jakieś podstawy do prognoz, ale broń Boże bezpośredniego przełożenia na wybory parlamentarne.

Okazało się, że kolejny raz zostałem samotnikiem, bo blisko 100 proc. wyborców, i to wszystkich partii, zaczęło głośno krzyczeć o przegranej, po czym radować się lub rozpaczać, że to koniec PiS. Jedni wpadli w triumfalizm, drudzy w przygnębienie, a nikt nie zapoznał się z podstawowymi faktami albo nie chciał ich zrozumieć. Nigdy w historii wyborów samorządowych nie zdarzyło się tak, aby ich wynik był wyższy od wyniku w wyborach parlamentarnych. Najwyższe poparcie 33 proc., 20 lat temu, uzyskał AWS. W dniu wyborów wiedzieliśmy, że poparcie PiS sięgało 32 proc., KO – 24 proc. i PSL – 16 proc. Przy takich proporcjach wypadało się przynajmniej nie zmartwić, bo to oznacza poparcie dla PiS w wyborach parlamentarnych na poziomie 40 proc. Ponadto anty-PiS nadal jest opozycją, KO stoi w miejscu, z kolei PSL do sejmu nie wejdzie z większym poparciem niż jednocyfrowe. Dziś z tą diagnozą, zwłaszcza po ogłoszeniu oficjalnych wyników, które są dla PiS rekordowe, proporcje się odwróciły. Prawie 100 proc. wyborców przyznaje, że PiS wybory wygrało, a KO i szczególnie PSL dostały solidnego łupnia. Wniosek? Między innymi taki, że prawica ma niebywałą skłonność do histerii i brak odporności na sytuacje podbramkowe. Spokój, tylko spokój, wiedza i racjonalne myślenie mogą nas uratować.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: