Zapiski z podróży na Kresy

Czarny woron (tak nazywano ciężarówki kryte plandeką) przyjeżdżał najczęściej w nocy. Sołdaci wyprowadzali całe rodziny z domów, w pośpiechu poganiając kolbami, pakowali na samochód, nie pozwalali nawet założyć zimowej odzieży. Polaków transportowano na miejsce zgrupowania, gdzieś koło bocznicy kolejowej, skąd w bydlęcych wagonach zaczynała się długa droga na wschód. Do opuszczonych przez Polaków domów wpadały ekipy czyszczące. Grabiono wszystkie przedmioty, które przedstawiały jakąkolwiek wartość. Książki w języku polskim – niszczono, paląc na miejscu.

Wypędzenia, zwane perwersyjnie repatriacją, zakończyły się w pewnym momencie. Ci, którzy się nie załapali i woleli (lub musieli) pozostać, poddani zostali brutalnej rusyfikacji. Temu m.in. służyła akcja paszportyzacji, czyli nadawania sowieckich dokumentów z wpisaniem fałszywej narodowości. W rubryce „narodowość” widniał wpis: ukraińska, białoruska, litewska...

Znikali także księża. Niektórzy zsyłani za Ural, inni spakowani do wagonów wraz z parafianami zostali wypędzeni do Polski centralnej. Osamotnione wspólnoty pozbawione kapłanów same próbowały prowadzić życie religijne, modlić się, katechizować młodzież, śpiewać nabożne pieśni. Przynajmniej raz w tygodniu odbywały się spotkania zastępujące liturgię. Starsze kobiety, z nielicznymi ocalałymi książeczkami do nabożeństwa, gromadziły potajemnie wiernych w prywatnych mieszkaniach na modlitwę.
Tam, gdzie nie udało się uchronić i zakonspirować modlitewników, kobiety odtwarzały z pamięci Litanię loretańską, modlitwy za zmarłych, Litanię do Serca Pana Jezusa, Godzinki o Niepokalanym Poczęciu. Młode, żeby zapamiętać, zapisywały w zeszytach, ale już grażdanką, ponieważ w szkole uczono tylko po rosyjsku.

Znalazłem takie zeszyty na Białorusi, we wsiach zamieszkanych przez Polaków w okolicach Mińska, Baranowicz, Mohylewa. „Boże, coś Polskę” napisane bukwami ma symboliczną wymowę. Świadczy, jak trwałym strażnikiem...
[pozostało do przeczytania 2% tekstu]
Dostęp do artykułów: