Degradacja to sprawa honoru

Zdegradowanie członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego to i tak niewielka konsekwencja za przedłużenie komunizmu o 10 lat. Dotyczy tylko sfery symbolicznej i nie byłoby obciążone żadnymi, nawet prawnymi, skutkami.

Umiem sobie wyobrazić człowieka, który jest przeciwko ustawie degradacyjnej, ale nie umiem wyobrazić sobie kogoś, kto podziela uzasadnienie prezydenckiego weta.

Zdumiewa mnie tłumaczenie, że w wojsku nie ma procedury odwoławczej od rozkazu. Owszem, jest – ale po wykonaniu rozkazu. To jest podstawowa zasada wojskowa: rozkaz należy wykonać, a następnie można złożyć zażalenie. Procedura odwoławcza nie wstrzymuje wykonania rozkazu. Czyli gdyby członkowie WRON po wprowadzeniu stanu wojennego czy kiedykolwiek później wyrazili sprzeciw wobec tamtych działań, to można by ich próbować usprawiedliwiać, tłumaczyć, a wyjaśnienia niektórych z nich, że „zostali wpisani na listę” WRON, są nieprzekonujące. Minęło blisko 40 lat, a członkowie WRON ani słowem nie skrytykowali wprowadzenia stanu wojennego. Nie ma powodów, by ich żałować, zwłaszcza że nie upominamy się o ich przywileje, lecz jedynie o gest.

Prezydentowi żal sprawiedliwości wobec innych generałów, bo ustawą chcieliśmy zdegradować jedynie oficerów z WRON, a skompromitowanych współpracą z reżimem i łamaniem prawa jest więcej. Jest to jednak kamyczek do prezydenckiego ogródka, bowiem głowa państwa ma możliwość inicjowania ustaw – można było więc ustawę degradacyjną podpisać, a następnie zaproponować kolejną, surową wobec innych generałów.

Można oczywiście być przeciwnym degradacji, ale prawnie jest ona możliwa także po śmierci degradowanego. Jeśli możliwe są awanse pośmiertne, to możliwe są i degradacje, to jest symetryczne, i ten kto ma prawo nadać awans, ma prawo i degradować. A dla pokolenia Solidarności zerwanie epoletów Jaruzelskim i Kiszczakom byłoby zadośćuczynieniem pychy WRON-y. W latach 80. przebierali się oni nie tylko w mundury, lecz...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: