Kiedyś 1 maja nie mijał bez echa

Dziś to tylko majówka, grill, parę dni wolnego i zazwyczaj ładna pogoda. A kiedyś 1 maja był frontem walki ideologicznej.

Początkowo było to święto robotników, ale zostało zawłaszczone przez komunę. My zawsze mieliśmy świadomość, że jest to święto ukradzione i nawet w Solidarności powstał problem, czy trzeba odebrać im monopol na celebrę pierwszomajową. Nie było jednak na to czasu, zatem „święto robotników” pozostało domeną partii...

Pochody były dość spektakularne, tłumne, sprawdzano obecność – zwłaszcza szkół. Ludzie szli w pochodzie do centrum, gdzie były dostępne różne rzeczy do kupienia, choć ja nigdy do końca nie dotarłem i nie skorzystałem z tej okazji. Pod koniec lat 50. opór przeciwko tej hucpie był już wyraźny. Pamiętam, gdy pewnego razu wręczano nam szturmówki, czyli czerwone flagi na kijach. Wtedy każdy z nas za punkt honoru brał szybko pozbyć się tej flagi, więc przy każdym postoju tłum topniał. Stosowało się popularną metodę „na frajera”. Zaczepiało się kogoś przypadkowego i mówiło: „Weź no, potrzymaj na chwilę, zaraz wracam”, po czym oczywiście się nie wracało. Ja jednak postanowiłem zgromadzić jak najwięcej flag, a potem zabrałem je do domu. Kije zagospodarowałem, a czerwone szturmówki przefarbowałem na zielono i z tego zrobiłem namiot, z którym jeździliśmy na wycieczki. Materiał był kiepski, bo przemakał, ale zawsze był to namiot, a i mozolny pochód pierwszomajowy nie szedł tak zupełnie na marne.

Z 1 maja wiązała się jeszcze walka o 3 maja, bowiem toczyło się wojny z administracją o to, aby biało-czerwone flagi mogły jeszcze powisieć. Najpierw więc przychodzili gorliwcy, aby flagi wywiesić jak najszybciej, a ludzie kombinowali, aby opóźnić to, jak najmocniej się da, a potem przetrzymać do rocznicy uchwalenia Konstytucji. Czasem zaraz po „święcie pracy” tłukli w drzwi i krzyczeli, by zdejmować flagi.

Ale i przed wojną pochody pierwszomajowe nie były taką prostą sprawą. Mój ojciec...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: