Cud listopada

Mój stryj Stach Wolski, poległy w styczniu 1920 r. nad Dźwiną, był człowiekiem systematycznym, prowadzącym codzienne zapiski. Niestety między 11 listopada 1918 r., w którym pojawia się notatka „Podobno Dziadek wrócił. Oby!”, a początkiem grudnia zieje nigdy nieuzupełniona luka.

Miał zbyt wiele zajęć (oprócz organizowania harcerstwa i przygotowywania się do matury), żeby pisać – odradzał Polskę. Z pamiętników Ojca wiem, że m.in. dowodził szturmem na niemieckie koszary w Łodzi. Nie musiało pójść tak łatwo. Kraj był podzielony wewnętrznie nie tylko zaborowymi granicami. Mogliśmy mieć rewolucję, wojnę domową albo Księstwo Warszawskie z łaski Ententy. Opatrznościowym mężem okazał się Józef Piłsudski, któremu po powrocie z Magdeburga Rada Regencyjna oddała władzę. Nie miał większości w społeczeństwie, ale dysponował siłą zbrojną, strukturami. Mógł naturalnie spróbować drogi Lenina, ale właśnie wysiadał z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość. Poddał się więc procedurom demokratycznym. Zorganizował wybory do sejmu (które zresztą przegrał), oddał rząd prawicy. Dokonał transferu Wehrmachtu ze Wschodu na Zachód, poskromił rodzimą komunę, wsparł Powstanie Wielkopolskie i obronę Lwowa, błyskawicznie odbudował armię, która za półtora roku miała powstrzymać postęp światowej rewolucji. Polska zrosła się błyskawicznie, odbudowano administrację, nowy wigor zyskały inicjatywy obywatelskie ujawniające geniusz Polaków do działania w warunkach ekstremalnych. Kadry wojskowe tworzyli bojownicy-amatorzy pospołu z oficerami niedawno walczących ze sobą armii. Urzędnicy CK Austrii przenosili kulturę kancelaryjną na grunt Kongresówki – masowo powracali emigranci: profesorowie i prości robotnicy.

I udało się stworzyć duże, silne, stabilne państwo. Na 20 lat!
Cud listopada!

 
[pozostało do przeczytania -2% tekstu]
Dostęp do artykułów: