Przyjaciel Polski

Zdradzając zapewnienia Tuska, że obiecał przywiązanie Polski do niemieckiego rydwanu za pomocą likwidacji złotego już za trzy lata, Schulz ujawnił stale stosowaną metodę premiera – wszystkim obiecywać to, czego chcą, a potem może o tym zapomną albo czymś się to „przykryje”. To dziwne, bo Tusk powinien rozumieć, że ta gra jest już psu na budę. Tak samo jak tamta, którą uprawiał jego mistrz proponujący Rosjanom bazy posowieckie oraz budowę NATO-bis i EWG-bis. Tusk, mimo wszystkich swoich rezygnacji z polskich interesów państwowych i narodowych, tak samo nie dostanie posady prezydenta Europy, jak nie dostał jej Wałęsa, któremu kiedyś poświeciłem tym mirażem tylko po to, żeby przezwyciężyć jego strach przed wypowiedzeniem posłuszeństwa Jaruzelskiemu.

W takich sprawach nie wystarczają dobre chęci w służeniu zagranicy po cichu. Tutaj trzeba nie tylko głośno, jawnie i wyraźnie zadeklarować, że pracuje się nad ustanowieniem nad Wisłą „wiecznego” kondominium niemiecko-rosyjskiego, ale jeszcze wykazać, że umie się Polaków do tego zmusić. A tego jednak ani Tusk, ani Wałęsa nie potrafią.

Wracając do afery z wyznaczeniem Schulza na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Człowiek, o którym słusznie powiedziano, że jego przyrodzoną rolą jest funkcja nazistowskiego kapo, jest mistrzem w typowo lewicowym wypieraniu się niemieckiej odpowiedzialności za nazizm i oskarżaniu innych: „Każdy, kto wierzy, że faszyzm jest fenomenem niemieckim, ukrywa fakt, że jest to problem endemiczny dla całej Europy”. Oficjalnie walczy z rasizmem, ale gdy się go widzi, jak histerycznie wrzeszczy i wali pięścią w pulpit, to jasne się staje, że sam jest fanatycznym rasistą i to nie w wydaniu „euro-faszystowskim”, a właśnie jako lustrzane odbicie fenomenu niemieckiego, którego wzorem i miarą jest styl goebbelsowski.

Schulz jest jednak bardziej perfidny. Jego chamstwo, pokrywające duchowy bolszewizm, czyli niezdolność do koniecznego w demokracji szacunku dla ludzi o...
[pozostało do przeczytania 48% tekstu]
Dostęp do artykułów: