O źródłach sukcesu Rutkowskiego

Plany policji pokrzyżował Krzysztof Rutkowski. Późnym wieczorem w trybie nagłym ściągał dziennikarzy do Sosnowca, by w kilkunastostopniowym mrozie, aż do pierwszej w nocy, udzielać wywiadów o tym, jak rozwiązał zagadkę zaginięcia małej Madzi.

– Matka wyznała, co się stało. Ciało dziecka jest pod drzewem. Widziałem kocyk i śpioszki, czułem odór – twierdził. Tymczasem mimo tych zapewnień we wskazanym miejscu nie było ani kocyka, ani śpioszków, ani ciałka dziecka. Odoru być nie mogło, ze względu na trzaskający mróz.

Ten były detektyw sam bezpłatnie zaoferował pomoc rodzicom Madzi. Bezpłatnie, bo nie może prowadzić śledztw detektywistycznych, a więc i pobierać za nie honorarium, ponieważ dawno utracił licencję.

W świetle prawa Rutkowski działał na podstawie udzielonego mu zwyczajnego pełnomocnictwa, jakie jeden obywatel może udzielić drugiemu dla wykonania jakiejś czynności. Brak licencji nie wpłynął na nawyki Rutkowskiego nabyte w starych czasach, gdy w TVN kreował kolejne odcinki pseudodokumentalnego serialu detektywistycznego. Nadal poruszał się w obstawie uzbrojonych ochroniarzy, oni też towarzyszyli mu podczas konferencji prasowych.

– Oto portret pamięciowy porywacza – mówił do dziennikarzy Rutkowski, prezentując rysunek zakapturzonego mężczyzny, który rzekomo miał uczestniczyć w porwaniu Madzi.

Kilka dni później gwałtownie wycofywał się z tej hipotezy. Naprędce (sprzętem „Super Expressu”) nagrał „szczerą rozmowę z matką”. Potem Katarzynę W. zabrał nocą, bez powiadamiania policji, na miejsce zdarzenia. Dziennikarzom udostępnił nagranie. Jak doszło do tego, że na parę godzin przed akcją policji Rutkowski odegrał swój spektakl?

Jeden z naszych rozmówców związany z policją opowiada, że Krzysztof Rutkowski od dawna korzystał z informacji policjantów. Niektórych znał z czasów, gdy pracował w ZOMO, część po prostu opłacał. – Jeśli chodzi o komendę policji w Sosnowcu, to miał tam zawsze dobre wejścia...
[pozostało do przeczytania 29% tekstu]
Dostęp do artykułów: