Debata między łykami piwa

Gdy w ubiegły piątek pojechałem na weekend do rodzinnego Krakowa, usłyszałem, jak z zakładu blacharskiego obok mojej ulicy jeden fachura krzyczał do drugiego coś o szefie MON Antonim Macierewiczu, powtarzając to, co usłyszał w jednej ze stacji telewizyjnych. Nadawał na tak wysokim tonie, jakby jego rozmówca, zapewne klient lub kolega z pracy, co najmniej zabił mu rodzinę, a sprawa toczyła się przed nieznającym szczegółów sądem. Słyszałem jego tyradę po drugiej stronie ulicy i jestem pewien, że nie tylko ja. To niestety coraz częstsze obrazki.

Krzyczymy do siebie przy rodzinnych spotkaniach, przerzucamy zaciągniętymi z Internetu fragmentami cudzych wypowiedzi, nie weryfikujemy, by nie popaść w dysonans poznawczy. My mamy „wieczną rację”, a oni „wiecznie nie”. Jestem przygnębiony. Przygnębia mnie poziom debaty publicznej. Niestety, coraz dalej odchodzimy od tego, by zwyczajnie ze sobą rozmawiać. Wszędzie. W telewizjach, radiostacjach, na łamach gazet. W domach i w pracy. W mediach królują wygłaszane tonem nieznoszącym sprzeciwu okrągłe formułki. Pal sześć, że mówią tak politycy karmieni „przekazem dnia”. Gorzej, że ich maniery przejęli komentatorzy, a wraz z nimi zwykli Polacy, wsłuchujący się w te wrzaski. Dawno poszła do lamusa słowna szermierka na argumenty, coraz mniej mediów sięga do obowiązkowej, zdałoby się, zasady – pytania o zdanie „drugiej strony” lub osoby, którą opisuje się w nieprzyjemny dla niej sposób. Patrząc na to wszystko, nie mam złudzeń – lepiej nie będzie. Formuła przekazu poprzez media cyfrowe i społecznościowe, spadek czytelnictwa, szybkość życia codziennego i konflikty polityczne będą sprawiać (już tak się dzieje), że najbardziej popularny i cytowany będzie ten, kto „dowali” jak najmocniej, jak najkrócej i jak najcelniej. By można go było zacytować między kolejnymi uderzeniami młotka lub łykami piwa.
 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: