Węgierski łącznik

Postawiony pod ścianą, a ściślej na scenie, opowiedziałem o kulisach niedawnej kampanii wyborczej w Polsce, która doprowadziła PiS do zwycięstwa. Pamiętam, że Węgrów najbardziej interesowały kwestie polityki historycznej i prorodzinnej. Nie mam pojęcia, w jaki sposób treść mojego wystąpienia dotarła do Viktora Orbána, ale faktem jest, że wyciągnął z tej lekcji odpowiednie wnioski. W „Rzeczpospolitej” ciągle czytam, że nie należy mieszać poezji z polityką, a tu proszę: wystarczy podstępnie przerzucić polskiego poetę za granicę, żeby wywołać tam wolnościowe powstanie.

Oczywiście żartuję. Jeśli ktoś zasługuje na miano węgierskiego łącznika, to zdecydowanie mój porywacz. Grzegorz Górny opublikował w polskiej prasie kilkadziesiąt tekstów o tematyce węgierskiej, nakręcił cztery filmy dokumentalne, wydał kilka ważnych książek. Nic dziwnego, że Węgrzy nagrodzili go w ubiegłym roku aż dwoma laurami: Rycerskim Krzyżem Zasługi i Medalem Europejskim.

Kto miał okazję odwiedzić budapeszteńskie muzeum Terror Haza, z pewnością jest świadomy spustoszenia, którego dokonali na Węgrzech komuniści. Represje wobec naszych bratanków były szczególnie dotkliwe, bo bezpośrednio, na wielką skalę dokonywali ich Sowieci. W okresie zniewolenia głównym punktem odniesienia dla węgierskich antykomunistów było polskie doświadczenie oporu. A jednak to Węgrzy mogą być dziś dumni ze swojego państwa, podczas gdy my wciąż po uszy tkwimy w bagnie. I to oni jako pierwsi stali się zdolni do konfliktu z Brukselą, który w gruncie rzeczy ma wymiar cywilizacyjny. Nawet w kwestiach gospodarczych mniej chodzi o mamonę, a bardziej o zamianę polityki socjalnej na prorodzinną, która jest solą w oku europejskiej lewicy. Gdyby nie słowa: „Boże, błogosław Węgry” i kilka innych chrześcijańskich zapisów w konstytucji, spór pewnie rozszedłby się po kościach.

Czy powinniśmy wspierać Węgrów? To oczywiste. Nie łudźmy się jednak, że Bruksela da im spokój, jeśli nie wrócą karnie do szeregu...
[pozostało do przeczytania 13% tekstu]
Dostęp do artykułów: