Jak żyć w Europie?

Zaplanowany kryzys?

Stworzenie europejskiego pieniądza bez jasnego podporządkowania politycznemu centrum zapowiadało, że kiedyś takiego suwerena europejskiego – ośrodek decyzyjny mający prawo ustalać politykę monetarną i fiskalną – trzeba będzie powołać. Z perspektywy lat można mniemać, że brak politycznego suwerena czuwającego nad walutą europejską nie był aktem zaniedbania. Kilkanaście lat temu nie było w Europie klimatu do podjęcia decyzji o powierzeniu Berlinowi i Paryżowi politycznej władzy nad Unią Europejską. Dziś wydaje się, że sytuacja gospodarcza Europy wymusza taki właśnie kierunek.

Kryzysowa sytuacja skłania do debaty nad kondycją Europy i naszą rolą na kontynencie. W tej debacie zaczynają pojawiać się fałszywe tony. Z jednej strony słyszymy europejski żargon, że jedynym lekarstwem na problemy jest dalsze pogłębianie integracji europejskiej. Nie wiadomo, o co chodzi, ale zawołanie o więcej Europy w Polsce brzmi ładnie, nowocześnie, postępowo, europejsko. To beztroskie i bezmyślne slogany jeszcze z czasów euroentuzjazmu.

Niestety, z drugiej strony zaczynają się pojawiać upiory z odległej przeszłości, z okresu debat rozbiorowych. Niektórzy politycy i publicyści przywołują poglądy jakby z tamtych czasów. Głoszą, że Polska nie może sobie pozwolić na suwerenną, podmiotową politykę zagraniczną, tak jak niegdyś nie miała prawa wybić się na niepodległość. – To awanturnictwo, potrząsanie szabelką i marzenia o mocarstwowości – utrzymują. – Żadnych iluzji! Tyle znaczymy dla Europy, ile spolegliwie współpracujemy z Rosją – twierdzą jedni. – Możemy istnieć i rozwijać się tylko w politycznej i gospodarczej symbiozie z Niemcami – podpowiadają inni.

Czy rzeczywiście jesteśmy skazani na podporządkowanie Berlinowi lub Moskwie albo na europejsko-rosyjskie kondominium, na pozostawanie w szarej, buforowej strefie, gdzie krzyżują się interesy ościennych mocarstw? Czy możemy jednak być pełnoprawnym, podmiotowym...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: