Irlandia w czasach kryzysu

Dzisiejsza Irlandia to nie jest ten sam kraj co kilkanaście czy nawet kilka lat temu. Chyba nikt w Europie nie przebył w tak krótkim czasie tak krętej drogi: od biedy do dobrobytu „celtyckiego tygrysa” i z powrotem do biedy – nawet jeśli jest to bieda na innym poziomie niż przed laty. U progu lat 90. Irlandia, wraz z Grecją i Portugalią, zaliczała się do najuboższych państw Unii Europejskiej. Dziesięć lat później znalazła się w ścisłej czołówce, wyprzedzając m.in. takie potęgi jak Wielka Brytania i Włochy. Ten sukces był przedmiotem podziwu i zazdrości.

Dobre czasy skończyły się równie gwałtownie, jak przyszły. Do załamania doszło w Irlandii na innym tle niż w Grecji czy we Włoszech. Nie spowodowało go gigantyczne zadłużenie, lecz załamanie na rynku nieruchomości. Ale kryzys pozostaje kryzysem.

Najstarszy i najlepszy

Na razie Irlandczycy najbardziej przeżywają zmianę na stanowisku szefa państwa. Nowym prezydentem został Michael D. Higgins z Partii Pracy. Odniósł zwycięstwo z wielką przewagą: jego kandydaturę poparło ponad 700 tys. Irlandczyków, czyli 40 proc. ogółu głosujących.

Zwycięstwo 70-letniego profesora socjologii i poety, a zarazem polityka od ponad 30 lat, jest w jakiejś mierze przełomowe, choćby dlatego, że zaprzeczyło żartobliwej, ale dość utrwalonej opinii, w myśl której stanowisko prezydenta Irlandii jest zastrzeżone dla kobiet. Tak się bowiem złożyło, że ostatnie trzy kadencje, w sumie 21 lat, należały do kobiet – najpierw Mary Robinson, potem Mary McAleese.

Wśród siedmiu kandydatów Higgins początkowo wcale nie był faworytem, głównie ze względu na wiek. Okazało się jednak, że dla większości wyborców nie miało to żadnego znaczenia, zwłaszcza że rywale mieli o wiele poważniejsze wady: Sean Gallagher – związki z bardzo dziś niepopularną Fianna Fail, Martin McGuinness – dawną przynależność do IRA, a senator David Norris, wojujący homoseksualista, zwrócił się listownie do władz...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: