Sikorski jak na dopalaczu

W tym roku, jak chyba nigdy wcześniej, polski świat polityczny oczekiwał głosu rządu w sprawach polityki zagranicznej. Jedni liczyli na precyzyjny scenariusz naszej prezydencji w Unii Europejskiej, inni spodziewali się odniesienia do spraw wschodnich czy bezpieczeństwa energetycznego. Nie spodziewano się intelektualnego gejzeru po tym ministrze, ale liczono na wyważoną wykładnię szefa dyplomacji o sytuacji na świecie i przyszłym zachowaniu się państwa polskiego w ostatnim roku tego rządu. Jednak w zamian, ku powszechnemu zdumieniu, usłyszeliśmy zacietrzewioną przemowę, która raczej pasowała do zamkniętych wieców partyjnych.

Myli się poseł Zbigniew Girzyński, utrzymując, iż był to występ przypominający zachowanie wiceministra niemieckiego lub rosyjskiego. Kabaretowe gesty, retoryka i megalomaństwo były raczej w duchu włoskich party bunga-bunga. Jestem przekonany, iż niejeden ambasador obserwujący przemówienie z galerii sejmowej zastanawiał się skonsternowany, jakiego dopalacza ten człowiek użył.

Obraźliwa retoryka i megalomaństwo

Szefem dyplomacji zostaje czasem krwisty działacz polityczny lub związkowy. Zdarza się wtedy, że podczas interpelacji parlamentarnej lub w debacie międzynarodowej odwoła się do mocnego porównania lub ciętej riposty. Generalnie jednak szefowie dyplomacji są znani ze stateczności, umiarkowania, łagodnego języka, jednym słowem – zachowania pojednawczego. Ostrzejsze sformułowania zwykle rezerwują wobec otwartych wrogów zewnętrznych skonfliktowanych z danym państwem.

Z tak zwanej informacji ministra na temat polityki zagranicznej RP w 2011 r. wynika, że choć są na świecie tacy, którzy bogacą i zbroją się szybciej, to koniunktura międzynarodowa jest nadal sprzyjająca (nikt na nas nie czyha – jak głosi Bronisław Komorowski), a głównym zagrożeniem dla Polski jest krajowa opozycja. Sikorski nie przedstawił zatem zwyczajowo panoramy wyzwań i zagrożeń stojących przed Polską na arenie...
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: