Ostatni lot Marie de Beaumont

Nie pójdzie jej łatwo. Na placówce trwa polityczne przełożenie wajchy. Kapitan, świński blondyn o urodzie pruskiego oficera, trwoni kapitał zaufania i sympatii, jaki w kontaktach z Tuaregami zgromadził jego poprzednik, empatyczny porucznik (Canet). Ruszają aresztowania, padają pierwsze ofiary. To uniwersalne doświadczenie – w gazecie, fabyce, szkole, korporacji, państwie przejmuje stery zadufany dureń bez charakteru i wyczucia, więc w krótkim czasie wszystko idzie w diabły.

Zamiast misji ratunkowej ruszy ekspedycja karna przeciw zbuntowanym Tuaregom. Marie de Beaumont, mimo kategorycznego zakazu, znajdzie sposób, by do niej dołączyć. Sympatyzują z nią Arabowie na żołdzie francuskim, wspiera, ale nie daje się namówić na żadne ekstrawagancje rozgoryczony porucznik. Szybko się okaże, że kapitan prowadzi wojsko w pułapkę, a Arabowie w kepi przystaną do buntowników. Dopiero wtedy porucznik i awanturnica odłączają się od oddziału skazanego na zatracenie i ruszą szukać rozbitka.

Zaczyna się inny film, „pustynny surwiwal”, którego reguły najlepiej opanowały wielbłądy. Podziwiamy urodę dzikiej przyrody, smakujemy wschody i zachody oraz odczuwamy narastające zagrożenie. Dzielny mężczyzna i piękna kobieta, którym rozleciał się dotychczasowy model życia, teraz w sytuacji skrajnej patrzą trzeźwiej na to, co napędzało ich niejako automatycznie. Jego – związek z arabską kobietą, ją – pełna frazesów egzaltowana więź na odległość z żonatym i dzieciatym herosem.

Tę cześć polecam młodym. W kinie widać, że robi na nich większe wrażenie. Sam wolę część pierwszą, realia garnizonowe, przepychanie się nierównych sił i racji, sytuacyjny fatalizm jednostek i systemów. W ambicjonalnych utarczkach z Arabami Francja traci swoją wielkość, której nie stało siedem lat później wobec ataku Niemców.

Ma też „Niebo nad Saharą” niebagatelny walor wizualny, dokumentacyjny. Film nie jest arcydziełem, ale przez swój spokojny rytm zostawia czas na refleksję,...
[pozostało do przeczytania 24% tekstu]
Dostęp do artykułów: