Nowy postrach eurolandu

Nadmiernie optymistyczne?

Wśród finansistów działalność agencji ratingowych wywoływała kontrowersje już od dłuższego czasu, ale z odmiennego powodu. Zarzuca się im nadmierny optymizm w szacowaniu ryzyka. Nie jest tajemnicą, że żadna z tych agencji nie sygnalizowała nadejścia krachu na rynku instrumentów finansowych zabezpieczonych pożyczkami hipotecznymi. Przed 2008 r. cała masa takich papierów wartościowych cieszyła się pełnym zaufaniem analityków tych firm i ich rating nierzadko wynosił „AAA” (najwyższy). Ta łagodność w ocenie ryzyka wynika ze specyfiki amerykańskiego rynku papierów wartościowych. Prawo wymaga, żeby każda publiczna emisja obligacji była oceniana z punktu widzenia prawdopodobieństwa niewypłacalności. Szkopuł w tym, że koszty takiej oceny ponosi sam emitent (instytucja wypuszczająca obligacje) i on sam dokonuje wyboru agencji ratingowej. Jest sprawą dość oczywistą, że emitent wybiera sobie firmę, która przyzna mu jak najwyższą ocenę, ponieważ im niższe jest szacowane ryzyko, tym niższe jest oprocentowanie, jakie sprzedawca musi płacić nabywcom. Można podejrzewać tu zatem konflikt interesów.

Spadek ratingu niezwłocznie pociąga za sobą wzrost wymaganej stopy przychodu (oprocentowania). Dlatego, teoretycznie, firmy ratingowe poprzez manipulację oceną ryzyka mogą doprowadzić do upadłości dobrze prosperujące firmy. W praktyce takie niebezpieczeństwo nie istnieje. Agencje walczą o klienta, który płaci i w każdej chwili może zmienić firmę, u której zamawia rating. Z tego względu mamy właśnie do czynienia ze skrzywieniem na korzyść zamiatania niewygodnych faktów pod dywan. Co prawda państwa nie płacą za szacunki ryzyka związanego z ich obligacjami i powyższa zasada może nie mieć tu miejsca, ale w praktyce także w tym przypadku agencje ratingowe „gonią” rynek, czyli podwyższają ocenę ryzyka niewypłacalności dopiero po tym, gdy ceny obligacji już spadną.

Mają znaczenie PR-owe

...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: