Pożegnanie Niezłomnego

Pamiętam ten dzień, 31 maja 1981 r. Jak wielu moich ówczesnych kolegów ze studiów, w szeregach Kościelnej Służby Porządkowej uczestniczyłem w pogrzebie Prymasa Tysiąclecia. Żegnaliśmy postać niezwykłą, przepełniał nas smutek, ale jednocześnie towarzyszyło nam jakieś niemal irracjonalne uczucie potężnej siły, stworzonej przez solidarność serc kilkuset tysięcy zgromadzonych osób

Z takimi emocjami miałem do czynienia tylko kilka razy w życiu. Dwa lata wcześniej, gdy słuchałem pamiętnych słów naszego papieża „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, w mglisty listopadowy poranek 1984 r., kiedy na warszawskim Żoliborzu z bólem serca oddawaliśmy ostatni hołd bestialsko zamordowanemu bł. księdzu Jerzemu Popiełuszce, czy wreszcie zaledwie sześć lat temu, gdy patrzyłem na przewożoną na armatniej lawecie trumnę prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To są chwile, kiedy nasze życie ociera się o sacrum, a świadomość, że nieprzebrane morze zgromadzonych ludzi łączą te same myśli, nadzieje, pragnienia, utwierdza w przekonaniu, że udało nam się znaleźć po właściwej stronie. Na zawsze pozostał w mojej pamięci autentyzm tamtych zgromadzeń. To były manifestacje, w których nikt nic odgórnie nie nakazywał, nie podstawiał autokarów na dojazd do stolicy, do niczego nie zachęcał. Te setki tysięcy ludzi przybywały na miejsce z odruchu serca, z wiary w sens walki dobra ze złem, z ufności i miłości do bliźniego.
Siła ducha i pokora
Wiadomość o ciężkiej chorobie Prymasa zaskoczyła wszystkich. Jego kłopoty zdrowotne zaczęły się co prawda w marcu, ale pierwsze diagnozy były uspokajające, hiobowa wieść nadeszła dopiero 13 kwietnia – nowotwór złośliwy. Najspokojniej przyjął ją chyba sam Wyszyński, zresztą z właściwą mu przez całe życie siłą ducha, ale i pokorą. Nie złamały go przecież więzienie, groźby, szantaż. Całe zło, jakie spadło na niego w tych najcięższych powojennych latach, nie rozbudziło w nim nienawiści. Wrogom zawsze wybaczał, bez...
[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: