Kino w szaliku i z zaciśniętymi zębami!

Maciej Parowski \ Film

Inarritu zaczyna „Zjawę” brawurową sekwencją ataku Indian na obozowisko traperów. Kamera wchodziła w gąszcz akcji, biali dziesiątkowani strzałami uciekają do barki, Indianie galopują, wpadają między nich, zabijają i sami są zabijani. Boleśnie i dosłownie – pandemonium. Wśród traperów ojciec (DiCaprio) i syn mieszaniec (Goodluck). Im i kilku traperom udaje się uciec, ostrzeliwani płyną rzeką w dół, gdzieś na brzegu ukrywają skóry, bo ich nie udźwigną, pójdą do osad przez góry. Część płynie dalej w nieznane, także po to, by odwrócić uwagę Indian. Surowy świat okrutnych ludzi, morderczej przyrody opowiedziany przez reżysera-mistyka i mistrza kamery. Lubezki, który wykreował kosmos „Grawitacji”, tu pokazuje Góry Skaliste niczym na zdjęciach Adamsa, celebruje mróz, śnieg, rwące lodowate strumienie, robi mroźne kino, które trzeba oglądać w szaliku. Ludzie też są tu przerażający. Indianie i biali wędrują za zemstą i w poszukiwaniu bliskich. Taki niepojęty Dziki Zachód był w
     
35%
pozostało do przeczytania: 65%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze