Hiszpańscy detektywi na bagnach

Najczęściej nagradzany hiszpański film 2014 r. dostał u nas tytuł sugerujący dydaktyczną piłę. „Stare grzechy mają długie cienie” – niedobrze. Wystarczy pomyśleć, że Bromski podobnie tytułuje „Uwikłanie” (a przecież byłoby coś na rzeczy), by ogarnąć skalę niezręczności. 

Natomiast powinny pomóc „Grzechom…” porównania do pierwszej części serialu HBO „Detektyw”. Film Rodriqueza dorównuje tamtej ekranizacji klimatem, skalą zagrożenia i perwersji, komplikacją intrygi. Nawet upalny, zniewalający klimat i realia dzikiej Luizjany przypominają filmowaną z góry hiszpańską prowincję. Tu i tam oglądamy śledztwo dwójki policjantów, tak było też w „Missisipi w ogniu” z 1988 r., gdzie agenci FBI (Hackman i Dafoe) idą tropem morderców spod znaku Ku Klux Klanu z lat 60. To się powtarza, na peryferiach obowiązują inne prawa niż w centrach i śródmieściach. 
W hiszpańskim filmie jest rok 1980, kraj jeszcze nie otrząsnął się z panowania Franco, zresztą może nie było specjalnie z czego, choć reżyser widzi to inaczej. Starszego z policjantów (Gutierrez), eksagenta służb specjalnych minionego systemu, dręczą koszmary, może sumienie, potajemnie łyka leki, ewidentnie sypie się od wewnątrz. W młodym (Arevalo) są naiwność i zapał, w obu wzajemna podejrzliwość zmieszana jednak z lojalnością. No a afera ze znikającymi młodymi dziewczynami, których okaleczone zwłoki znajdowane są na bagnach, jest dobrym powodem, by się zjednoczyć. Przyda się to w chwilach próby. 
Akcja toczy się wśród mokradeł, na bezdrożach, w małych, zakazanych hotelikach i prowincjonalnych tancbudach. Rodzice zaginionych dziewczyn są zawstydzeni i obolali, wolą milczeć. Żurnalista (Solo), którego fotograficzne archiwum mogłoby pomóc policjantom przyłapać morderców, nie współpracuje za darmo. Podejrzani, złoci młodzieńcy, których doświadczenie poucza, że wszystko może ujść im na sucho, potrafią przyłożyć nóż do gardła funkcjonariuszom śledzącym ich kryjówkę i centrum złowrogiego...
[pozostało do przeczytania 29% tekstu]
Dostęp do artykułów: