Bliskowschodni galimatias

Koniunktura dla ajatollahów

Stosunek poszczególnych rządów do wydarzeń na Bliskim Wschodzie wyznacza co najmniej kilka równoległych osi podziałów na tle polityki, ideologii i religii.

Politycznie bliskowschodnie rewolucje nie są w interesie USA, o ile nie wywołają przewrotu w Teheranie. Upadek lokalnych reżimów w najlepszym razie stworzy okres niepewności w kilku krajach, w najgorszym doprowadzi do utraty przez Stany Zjednoczone ważnych sprzymierzeńców.

Amerykanie są w niezwykle kłopotliwej sytuacji. Z jednej strony nie mogą odwrócić się plecami do demokratycznych protestów na Bliskim Wschodzie, by nie zostać oskarżonym o hipokryzję, z drugiej trudno im otwarcie potępiać swoich sojuszników. Dlatego w obliczu niepokojów w Egipcie, Jordanii, Jemenie czy Bahrajnie publicznie apelują o „rozpoczęcie demokratycznych przemian”, starając się jednak nie podkopywać pozycji rządzących elit. Tylko we wrogim Iranie i Syrii mają rozwiązane ręce, mogąc ostrzej krytykować brutalne pacyfikacje opozycji (w przypadku Iranu winny to czynić od dawna, ale były nastawione na „dialog” z tamtejszym reżimem).

Odwrotnie Iran – z wielkim entuzjazmem podchodzi do protestów na Bliskim Wschodzie (choć sam ryzykuje rewolucję u siebie), bo te mogą zmienić dyplomatyczne status quo na jego korzyść.

Już teraz Teheran wyciąga polityczne korzyści z obalenia Mubaraka w Egipcie. Perspektywę dalszych zysków rysuje coraz bliższy upadek władzy w Jemenie i ewentualnie w Bahrajnie. Sympatia Iranu do demokratycznych przemian w regionie jest cokolwiek groteskowa, bo równocześnie reżim ajatollahów bezwzględnie pacyfikuje identyczne protesty u siebie, a nieoficjalnie wysłał także oddziały gwardii rewolucyjnej, by zwalczać zamieszki w Syrii. Iran traktuje protesty czysto instrumentalnie jako szansę umocnienia swoich wpływów.

Równocześnie jednak powstała możliwość otwarcia drogi do władzy dla politycznego islamu tłumionego...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: