Trzy lata więzienia za obronę dzieci

Widzimy sens w postępowaniu matki, która przez dwa lata przemierza dzień w dzień dziesiątki kilometrów po to, żeby pomóc choremu dziecku. Ochrona i pomoc należą się też dzieciom nienarodzonym. Nie widzimy ich, ale są one dziećmi Boga -  Z Mary Wagner, kanadyjską działaczką pro-life, wielokrotnie aresztowaną za naruszanie „stref ochronnych” wokół klinik aborcyjnych, rozmawia Jakub Jałowiczor

Była Pani wielokrotnie aresztowana i sądzona za próby odwodzenia kobiet od decyzji zabicia własnego dziecka. Warto było tak się narażać? 
Tak. Było warto. Każde życie jest warte tego, by o nie walczyć. Widzimy przecież sens w postępowaniu matki, która przez dwa lata przemierza dzień w dzień dziesiątki kilometrów, żeby załatwić opiekę choremu dziecku. Ochrona i pomoc należą się też dzieciom nienarodzonym. Nie widzimy ich, ale są one dziećmi Boga. W więzieniu spędziłam łącznie dwa lata. Jednak nawet w dniu aresztowania spotkałam dwie kobiety, które miały zabić dzieci. Udało mi się z nimi porozmawiać, spróbować przekonać je do zmiany decyzji. Jestem przekonana, że moja działalność ma sens. 

Dlaczego w ogóle Pani się podjęła tak trudnej misji? Jak ona się zaczęła?
Bóg dał mi do zrozumienia, że nienarodzone dzieci są przez Niego kochane. Chcę dawać miłość dzieciom i ich matkom. Pierwszy raz usłyszałam to wezwanie w latach 90. Już wtedy zaczęłam protestować pod klinikami aborcyjnymi. Wtedy pierwszy raz zostałam aresztowana. Potem Bóg wezwał mnie do nawiązania głębszej relacji z Nim, spędziłam pewien czas w klasztorze. Któregoś dnia poznałam Lindę Gibbons, która jest wspaniałą babcią i spędziła 10 lat w więzieniu za pokazywanie się w miejscach publicznych z tabliczką: „Mamo, dlaczego? [mnie zabiłaś – red.] skoro mogę dać tyle miłości?”. Za swoją działalność jest przez władze prześladowana, niemal cały czas siedzi w więzieniu. 

Współpracujecie?
Tak, byłyśmy razem w celi...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: