Bondowie z PRL-u

Media rzadko zauważają najważniejszy wymiar likwidacji WSI – stworzono szansę na przecięcie niejawnych wpływów, jakie mieli w Polsce wyszkoleni w ZSRS oficerowie służb specjalnych – z płk. Andrzejem Kowalskim, b. szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego, rozmawia Magdalena Nowak

Na ekrany wszedł kontrowersyjny film „Służby specjalne” w reżyserii Patryka Vegi. Czy zauważył Pan w nim tezy dyskusyjne z Pana punktu widzenia?
Tak, kilka. Pierwsza to opinia, jakoby likwidacja w 2006 roku WSI oznaczała rozwiązanie profesjonalnej służby specjalnej. W kulturze masowej oficer takiej służby jest wcieleniem Jamesa Bonda, mimo że każdy może znaleźć wiele publikacji, także filmów, które pokazują prawdziwe oblicze służb. Służby specjalne powszechnie kojarzą się więc z morderstwami, wymuszeniami, szantażami, strzelaninami i obowiązkowym ostrym seksem. Taki jest też ich obraz w tym filmie. Jeżeli takimi służbami były WSI, to tym bardziej trzeba było je rozwiązać, a winnych przestępstw ukarać. Takie służby mogą być przecież najwyżej forpocztą przeróżnych mafii, natomiast państwa na pewno nie ochronią.

W czym więc wyraża się prawdziwy profesjonalizm służb?
Ich profesjonalizm nie jest związany z lufą, mięśniami i licencją na zabijanie. Być może było to niezbędne w jakimś okresie historii, ale wystarczy dobrze poszukać najstarszych opisów działań szpiegowskich, a odnajdujemy tam spryt, intelekt, przemyślaną intrygę, podstęp, natomiast fizycznej siły naprawdę niewiele. Czy trudno zrozumieć, że pisk opon i strzelanina nie idą w parze z dyskrecją i istnieniem w cieniu?
Co więcej, profesjonalizm służb specjalnych zawsze jest widziany w kategoriach ich skuteczności w ochronie państwa i pozyskiwaniu najważniejszych dla bezpieczeństwa politycznego i ekonomicznego informacji. Czy takie były WSI? Raport z weryfikacji tej służby przygotowany przez zespół Antoniego Macierewicza bardzo dobrze udokumentował, jak...
[pozostało do przeczytania 62% tekstu]
Dostęp do artykułów: