Berlin zerka zza spódnicy Putina

W listopadzie ub.r. Berlin ostro mitygował mieszanie się Kremla w wewnętrzne sprawy Ukrainy. Krytykująca bezczelną politykę Rosji mowa Angeli Merkel wygłoszona w Bundestagu mogła wzbudzać pewne nadzieje. Nadzieje na to, że Berlin przestanie chować się za spódnicą Putina (proszę wybaczyć ten kolokwializm, ale w świetle ostatniej biografii prezydenta Rosji takie sformułowanie niekoniecznie jest nie na miejscu*) i zacznie za nią szarpać

Tej pełzającej emancypacji z jednej strony w Polsce się obawiano, z drugiej – oczekiwano po niej nowego ukierunkowania polityki zagranicznej Niemiec, przemodelowania jej z rusofilskiej na ruso-realistyczną, więcej nikt się chyba nie spodziewał. Berlińskie i hamburskie think-tanki prześcigały się w publikacjach analizujących szanse wybicia się Niemiec na europejskiego lidera, na przywódcę silnego nie tylko jako centrum ekonomiczne, ale przede wszystkim jako ośrodek poczuwający się do odpowiedzialności za swoich unijnych partnerów. Analitycy zastrzegali przy tym, że Niemcy nie mają wcale wchodzić w buty hegemona, by onieśmielać pozostałych członków UE swoją siłą przebicia, możliwościami gospodarczymi czy narzucać im swojej kultury, ale umacniać swą rolę w kontekście odpowiedzialności za wspólnotę, której z różnych względów i tak dziś de facto przewodzą.

Na razie katar, ale gramy dalej
To kształtowanie się nowej, niemieckiej świadomości miało przebiegać równolegle do stopniowego odcinania pępowiny łączącej Berlin z Kremlem. W listopadzie na łamach „Nowego Państwa” pozwoliłam sobie na stwierdzenie, że jest jeszcze za wcześnie, by arbitralnie zapowiedzieć koniec berlińsko-moskiewskiej sielanki i że to najbliższe miesiące pokażą, czy kryzys w stosunkach niemiecko-rosyjskich ma potencjał kataru czy dżumy. Patrząc na aktualne rozgrywki z udziałem władz niemieckich i rosyjskich i pogłębiając je zdecydowanie niepokojącymi (dla nas) informacjami docierającymi ze świata tamtejszego...
[pozostało do przeczytania 84% tekstu]
Dostęp do artykułów: