Na przekór podłości i bylejakości

W 1989 r. rolnik z Lucynowa przyniósł Romaszewskiemu swój najcenniejszy skarb – Orła w koronie, który wisiał przed wojną w miejscowym urzędzie. Senator zawiesił go na sali obrad. Czujemy często, że nasz świat zszedł na psy, a wszędzie rozprzestrzeniła się podłość i bylejakość. Romaszewscy udowodnili, że można się jej oprzeć. Ucieleśniali romantyczny etos dawnego polskiego inteligenta

Senator Zbigniew Romaszewski był jednym z najważniejszych ludzi w moim życiu. Poznałem go trochę przez przypadek. W lutym 1996 r. wraz z Leszkiem Czajkowskim zagraliśmy krótki domowy koncert w salonie Państwa Romaszewskich, potem pani Zofia zaprosiła mnie na kilka odbywających się w ich salonie spotkań dyskusyjnych, a po paru miesiącach zaproponowano mi pracę w biurze Senatora. Pozostałem tam 11 lat. I były to lata znakomite.

Relikt II Rzeczypospolitej
Mówi się, że nasz świat zszedł na psy, że wszędzie rozprzestrzeniła się podłość i bylejakość, że najpierw wojna, a potem komuna dokonały duchowego spustoszenia, które w czasach III RP znakomicie się pogłębiło i ugruntowało. Senator był dowodem, że można było się temu wszystkiemu oprzeć. Często patrzyłem na Senatora jako na pewien szczególny relikt II Rzeczypospolitej i mam głębokie przekonanie, że był jednym z ostatnich przedstawicieli (na pewno w moim otoczeniu, a może i w ogóle ostatnich) prawdziwego ducha przedwojennych polskich elit, tego, co w nich było najlepsze.
Zofia i Zbigniew Romaszewscy całą działalność prowadzili wspólnie, służąc sobie nawzajem, choć był to związek dwóch niełatwych charakterów (zawsze uważałem, iż mieli prawdziwe szczęście, że się spotkali).
Ucieleśniali romantyczny etos przedwojennego, a może nawet XIX-wiecznego, polskiego inteligenta. Najważniejsza była służba publiczna. A wszystko to było prawdziwe, autentyczne i w gruncie rzeczy proste, bo jego mowa była tak – tak, nie – nie. Na stronie internetowej Senatora zostały umieszczone...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: