„Waciaki” kołem się toczą

„Waciaki” są zwykle rysowane jako komentarz do jakichś aktualnie dziejących się wydarzeń, a tu nagle okazuje się, że te wydarzenia dotykają czegoś ważnego, ponadczasowego, i w ten sposób część odcinków sprzed 20 lat można zamieścić dziś jako bieżący komentarz polityczno-społeczny – z Mirosławem Andrzejewskim, autorem „Rodziny Waciaków”, rozmawia Paweł Piekarczyk

Czy rysowanie to przydatna umiejętność?
W zasadzie tak. W wolnym świecie da się z rysowania wyżyć – przy okazji robiąc to, co się lubi, ale czasem daje to również inne profity. W więzieniu w Siedlcach w 1985 r. posadzili mnie do celi razem z samymi grypsującymi. Z początku zapowiadało się nieciekawie, ale okazało się, że mam przody z trzech powodów. Po pierwsze, jako polityczny, po drugie, jako ten, który uciekł z więzienia, a po trzecie, właśnie jako rysujący. Codziennie rysowałem długi komiks w odcinkach pokazujący życie pod celą i nie tylko, a oni wszyscy czekali na kolejne rysunki i oglądali je jak telewizję. Wtedy przekonałem się, że takie rysowanie znakomicie zabija więzienną nudę.

Swoje rysunki podpisujesz pseudonimem Zbirek, dlaczego?
W więzieniu w Łęczycy tak mnie nazwał Józef Śreniowski z Łodzi. Po prostu napisał na zeszycie z rysunkami Mirek – Zbirek i tak już zostało. Miałem opinię najspokojniejszego więźnia w celi, ale gdy kazano nam wszystkim zgolić brody, to właśnie mnie musieli ogolić, założywszy mi uprzednio kaftan bezpieczeństwa (zrobili mi przy tym kilka siniaków). Innym razem gdy odmówiliśmy na spacerniaku opuszczenia obszaru, na którym stały ławeczki teoretycznie zarezerwowane dla więźniów mających wskazanie lekarskie do niechodzenia, musieli mnie siłą zanieść na drugie piętro, a do celi włożyć na kopach. Właśnie wtedy zostałem Zbirkiem.

Co ma wspólnego Czesław Waciak z towarzyszem Szmaciakiem?
Inspiracja jest oczywista, choć niejedyna. Pomysł na komiks padł kiedyś na...
[pozostało do przeczytania 62% tekstu]
Dostęp do artykułów: