Antidotum na kłamstwa

Nakaz pomocy bliźniemu okazywał się wyższy niż uprzedzenia narodowościowe, doświadczenia osobiste, konflikty międzywojnia

Wszyscy, którzy przybywają do Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie (byłem tam dwa razy), muszą zwrócić uwagę na wielką przewagę tabliczek z polskimi nazwiskami poświęconych Sprawiedliwym. Często tłumaczone jest to w ten sposób, że w Polsce żyło najwięcej Żydów i tu zlokalizowano większość niemieckich „fabryk śmierci”. Ale należy pamiętać o cenie – tylko w Polsce za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci (w dodatku dla całej rodziny), na Zachodzie – więzienie, obóz. A proporcje uratowanych do zabitych podobne.
Rzecznicy antypolonizmu chętnie oskarżają nas o wszystkie możliwe zbrodnie, a w najlepszym razie o nie dość wielkie zaangażowanie, przymykając oczy na praktyki we Francji, gdzie wyłapywano miejscowych Żydów często „na ochotnika”, a dla władz Vichy było to rutynowym procederem. U nas, jak znakomicie opisuje to Grzegorz Górny w swojej pracy „Sprawiedliwi”, w ocalanie swoich współbraci zaangażowało się czynnie kilkaset tysięcy chrześcijan. Oblicza się, że ocalenie jednego wymagało zaangażowania co najmniej dziesięciu Polaków i wielu zapłaciło za swoje miłosierdzie cenę najwyższą. Ile było takich rodzin jak Kowalscy, Barankowie, Ulmowie? Ilu zaangażowało się w tę działalność zobowiązanych do współpracy z okupantem urzędników, granatowych policjantów, kolejarzy? A ilu księży? Ile żydowskich dzieci uratowało się dzięki schronieniu w klasztornych murach? Nakaz pomocy bliźniemu okazywał się wyższy niż uprzedzenia narodowościowe, doświadczenia osobiste, konflikty międzywojnia. Czołowi endecy w dniu próby stawali na czele Sprawiedliwych – jak wódz ONR-u Jan Mosdorf, jak katolicka pisarka Zofia Kossak-Szczucka. W pomocy uczestniczyli przedstawiciele wszystkich grup społecznych, od inteligencji po chłopstwo. Wbrew opinii zawartych w „Złotych żniwach” Grossa, chłopi z okolic obozów śmierci ratowali zbiegów równie często...
[pozostało do przeczytania 34% tekstu]
Dostęp do artykułów: