Resortowy system?

Resortowe dzieci zasługują na to miano wcale nie ze względu na to – jak twierdzą jego przedstawiciele i zakolegowani z nimi propagandyści – kim są ich rodzice i wujkowie. Zasługują na to miano ze względu na stosunek do dziedzictwa systemu przez ich krewnych zbudowanego

„Rzeczpospolita wymierająca” to główny temat wydanego w 2013 r. numeru pisma republikańskiego „Rzeczy wspólne”. Główny blok tekstów nosi tytuł „Polska w zapaści demograficznej”. Redaktor naczelny Mariusz Staniszewski pisze: „Jeszcze nigdy nie musieliśmy myśleć o Polsce w kategoriach państwa, które swoje znaczenie, pozycję międzynarodową, potencjał gospodarczy i rozwój traci nie z powodu obcej interwencji czy zmowy mocarstw, ale z powodu utraty zdolności do odtwarzania pokoleń”.
Dlaczego do tego dopuściliśmy?

Ślepy system
W dobrze funkcjonujących systemach społecznych negatywne zjawiska są wcześnie rozpoznawane, a różne części systemu społecznego sprawnie się ze sobą komunikują ‒ wysyłają sygnały dostatecznie wyraźne, by negatywnym zjawiskom przeciwdziałano jak najszybciej. Dlaczego tak nie jest w III RP? Odpowiadam, stawiając hipotezę: bo żyjemy w systemie „resortowym”. Występuje tu zjawisko „wiedzy reglamentowanej”, by użyć określenia Krzysztofa Wołodźko, który w „Nowej Konfederacji” napisał recenzję z „Resortowych dzieci” Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza.
Wróćmy do demografii. Aby dana zbiorowość zachowywała swą liczebność, statystyczna kobieta musi urodzić co najmniej 2,1 dziecka. W Polsce dzietność wynosi 1,3. Jesteśmy na szarym końcu statystyk ONZ. Stoimy w obliczu katastrofy demograficznej. Zakładając, że każdy interesujący się sprawami publicznymi Polak (a Czytelnicy „Gazety Polskiej” tacy właśnie są) rozumie, na czym polegają konsekwencje tej sytuacji, skupmy się nad źródłami tego problemu.
Problem dramatycznie niskiej dzietności narastał od lat, ale dopiero od niedawna jest na szerszą,...

[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: