Wokół stanu wojennego

Ustawa o stanie wojennym oraz o kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych przypomina dziś przysłowiowy rewolwer leżący na scenie teatralnej. Jeśli jest prawdą, że zawsze wystrzeli on w ostatnim akcie, trzeba z uwagą śledzić spektakl reżyserowany przez Belweder

Niewiele osób pamięta, że jedną z pierwszych inicjatyw ustawodawczych Bronisława Komorowskiego była nowelizacja ustawy o stanie wojennym oraz kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych i że została ona przyjęta przez sejm w błyskawicznym tempie. Celem noweli (jak zapewniał posłów minister Stanisław Koziej, szef BBN), było wprowadzenie do obiegu prawnego „kategorii cyberprzestrzeni”, a prezydencki projekt miał powstać w związku z pracami Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego (SPBN).
Na pytanie zadane wówczas Koziejowi przez jednego z posłów PiS, skąd tak wielki pośpiech, padła odpowiedź: „Każdy miesiąc zwłoki we wprowadzeniu podstaw prawnych dla praktycznych działań w zakresie bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni jest czasem straconym. […] Nie widzę powodu, aby zwlekać tylko dlatego, że ktoś z niezrozumiałych powodów insynuuje, iż prezydent chciałby wykorzystać nowe regulacje dla łatwiejszego wprowadzenia stanu wojennego, bo ktoś w internecie na niego czyha”.

Obrona przed cyberatakiem?
Rzeczywiście, przyjęta tuż przed wyborami 2011 r. nowela mogła stanowić skuteczne narzędzie reżimu prezydenckiego, pozwalała bowiem na wprowadzenie stanu wojennego w sytuacji „zewnętrznego zagrożenia państwa, w tym spowodowanego działaniami o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni”.

Zagrożenia te definiowano jako „celowe działania, godzące w niepodległość, niepodzielność terytorium, ważny interes gospodarczy Rzeczypospolitej Polskiej lub zmierzające do uniemożliwienia albo poważnego zakłócenia normalnego funkcjonowania państwa”.

Opiniując projekt belwederski, prof. dr hab. Andrzej Szmyt, ekspert...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: