Petr w lesie Bohemii

Petr Nečas był nadzieją naszego regionu Europy. A ściślej nadzieją tych wszystkich, którzy myślą w kategoriach suwerenności narodowej mimo, a może na przekór, integracji europejskiej.
 
Jego odmowa wejścia do paktu fiskalnego była czymś wyjątkowym − obok Londynu – na skalę całej Unii. Niestety, musiałem użyć czasu przeszłego dokonanego, słowa „był”, a nie „jest”.

Ostatnia afera korupcyjna, a raczej korupcyjno-rozporkowa, zmiotła tego utalentowanego polityka z czeskiej sceny politycznej. Czy definitywnie? Zobaczymy. Nečas jest młody, może czekać, a będzie to z całą pewnością czekanie w opozycji. W najbliższych wyborach władzę w Pradze przejmą socjaliści lub − jeszcze śmieszniej − koalicja socjaldemokratów z komunistami. Skądinąd taka czerwono-czerwona koalicja istnieje już, po wyborach lokalnych, w kilku czeskich województwach. Nečas, sympatyczny, skromny, znający się na ekonomii polityk, sprawiał dużo lepsze wrażenie niż jego poprzednicy: bezpłciowy, proeuropejski technokrata, były prezes czeskiego banku centralnego Jan Fischer czy playboy, kumpel Berlusconiego Miro Topolánek − skądinąd tak jak Nečas lider konserwatywnej ODS. 

Ustępujący premier był pierwszym w dziejach Czechosłowacji i Czech katolikiem na tym stanowisku. W kraju tak zlaicyzowanym to doprawdy ewenement. Twarda walka Nečasa o czeskie interesy narodowe i jego potyczki w tych kwestiach z Brukselą budziły doń sympatię i szacunek. Premier znad Wełtawy był pragmatyczny w tym sensie, że nie klękał – inaczej niż Tusk − na kolana przed UE. Nie łasił się, nie przymilał, nie ocierał i nie machał ogonem. Publicznie wskazywał na to, co mu się w UE nie podoba. Nic dziwnego, że nie był pieszczochem europejskich salonów. To dodatkowy powód, dla którego wielu ludzi trzymało za niego kciuki. Także ja.

Był jeszcze jeden powód, dzięki któremu szef czeskiego rządu budził uznanie. Przed Teutonami – do czasu niestety − również nie padał na cztery łapy. Potrafił, wzorem...
[pozostało do przeczytania 40% tekstu]
Dostęp do artykułów: