Byli skazani na tupolewa

W czasie przygotowań do wyjazdu delegacji katyńskich premiera i prezydenta w dyspozycji 36. specpułku były cztery Jaki-40. Jeden a nich stał niesprawny w hangarze, czekał na agregaty, które wysłano do remontu w zakładach na Białorusi.

10 kwietnia 2010 r. z trzech sprawnych maszyn Jak-40 dwie były przygotowane do lotu, trzecia nie miała oblotu, jaki wykonuje się pół godziny przed wylotem. Gotowe były więc dwa jaki, ale tylko jeden z nich spełniał podwyższone wymogi, by zabrać pasażera o statusie HEAD, czyli w tym wypadku prezydenta.

– Chodzi o wykonanie lotu komisyjnego, po którym obowiązują szczególne rygory dotyczące m.in. dostępu do samolotu. Po takim locie samolot uzyskuje gotowość do zadań związanych z lotem o statusie HEAD, którą zachowuje 72 godziny, pod warunkiem że nie zostanie wykorzystany do innych zadań niezwiązanych z takim lotem – wyjaśnia „GP” były oficer 36. specpułku.

Przypadek pierwszy – nagła usterka silnika

Drugi z przygotowanych technicznie do lotu jaków Kancelaria Prezydenta przeznaczyła dla dziennikarzy.

– Rosjanom zgłoszono dwie załogi – jedna miała lecieć Tu-154M 101, druga Jakiem-40 z dziennikarzami – wyjaśnia „GP” nasz rozmówca. I dodaje: – Nie zgłoszono dodatkowej załogi dla samolotu rezerwowego, bo samolotu rezerwowego dla Tu-154M 101 de facto nie było, ponieważ Tu-154M nr 102 był remontowany w Rosji. A Jakiem-40 mógł polecieć jedynie prezydent plus kilkanaście osób. Jaki trudno ponadto traktować jako w pełni spełniające dzisiejsze standardy podróżowania głów państwa, mają one bowiem zasięg zaledwie 1500 km, więc podczas podróży np. do Kazachstanu musiałyby dwukrotnie wykonywać międzylądowanie.

Gdy dziennikarze wsiedli do przeznaczonego dla nich jaka, okazało się, że jest on niesprawny – nie odpalił silnik rozruchowy, choć wczesnym rankiem, gdy mechanik uruchamiał tę maszynę, wszystko działało prawidłowo.

– Nie wiadomo, co spowodowało, że...
[pozostało do przeczytania 58% tekstu]
Dostęp do artykułów: