Papa, Michèle, Michelle i Garrincha

Cicho, Madame!

Chciałem zacząć tekst w inny sposób, ale z felietonistą jest czasem jak z księdzem, który choć wcześniej przygotowuje treść kazania na niedzielę, ostatecznie wygłasza inną homilię, bo Duch Święty szast-prast zmienił jego plany.

Wysłuchałem właśnie w Paryżu w „Maison de la Mutualité” (koło stacji metra Maubert-Mutualité) jednego z najbardziej wpływowych francuskich polityków ostatniej dekady. Gdyby felieton ten pisała Magdalena Środa, określiłaby tę polityk z pewnością mianem „polityczka”. Ale że pisze go Ryszard Czarnecki, to jest tak, jak Pan Bóg przykazał. Michèle Alliot-Marie to zatem wieczna minister, nie ministra, w erze Nicolasa Sarkozy’ego. W latach 2004–2011 była a to ministrem obrony, a to spraw zagranicznych, a to sprawiedliwości. Ba, przez czas jakiś była głównym kontrkandydatem „Sarko” do prezydentury w prawyborach UMP, partii francuskich „gaullistów”. A więc słuchałem tej wysokiej blondynki, miłej starszej pani, która z ogniem w oczach przestrzegała Iran, żeby zrezygnował z próby sytuowania się na pozycji mocarstwa nuklearnego. Merytorycznie to ja się z Madame Alliot-Marie zgadzam, ale… No właśnie, jak w teleturnieju „Skojarzenia”. Przypomniał mi się w owej paryskiej auli amerykański film „I kto to mówi”. Wszystkie trzy części naraz. Pomyślałem sobie, że polityk z kraju, który ma broń jądrową, powinien akurat w tej sprawie wcielić w życie słowa – wpisane już w kanon klasyki – francuskiego prezydenta Jacques’a Chiraca, który nam, Polakom, radził, abyśmy skorzystali z okazji, by siedzieć cicho. No to ja, Polak, w ramach słodkiego rewanżu radzę Francuzom, żeby w tej właśnie sprawie, skoro już bombę mają, milczeli.

Obiad Obamy, krzesło Garrinchy

Dosyć o polityce, przejdźmy do spraw poważnych – czyli do jedzenia. Co ma Czarnecki wspólnego z Obamą? Tylko żadnych tam takich, że koledzy, kibice i dziennikarze nazywali piłkarza Olisadebe, hmm, nie wiedzieć czemu, „...
[pozostało do przeczytania 42% tekstu]
Dostęp do artykułów: