MSZ od środka

Kto wchodził jako pracownik po 1989 r. do post-PRL-owskich instytucji, musiał się spotkać z tym zjawiskiem. Obojętnie, czy chodzi o TVP, sądy czy urzędy. Wszędzie tam napotykał dominujące grupy, które Jerzy Targalski określił celnie, choć może nie doceniając ich siły, jako „złogi gomułkowsko-gierkowskie”. Teraz, po 23 latach od okrągłego stołu, przedstawiciele pokolenia gomułkowskiego z przyczyn biologicznych należą już raczej do rzadkości, natomiast dominują nadal generacje gierkowskie, jaruzelskie i niestety także wychowani przez nich już w III RP następcy.

Przyjrzyjmy się temu zjawisku na przykładzie instytucji bardzo specyficznej – Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Arystokracja PRL

Każdy resort miał swoją szczególną historię i zadania, które składały się na jego odmienność. W MSZ późnego PRL dominowała grupa zawodowych dyplomatów, którzy ze względu na przywilej wyjątkowych możliwości awansu materialnego byli obiektem zazdrości ze strony właściwie wszystkich pozostałych grup komunistycznej nomenklatury. Wyjątkowość polegała na niezwykle korzystnym dla zatrudnionych za granicą kursie walutowym, który sprawiał, że już po kilkuletnim wyjeździe można było wrócić do kraju z majątkiem, którym w PRL dysponowali jedynie nieliczni. Dyplomaci mogli zatem patrzeć z lekceważeniem na milicjantów czy aparatczyków, dla których szczytem uprzywilejowania była możliwość kupienia szynki konserwowej w sklepie „za żółtymi firankami”.

Do dyplomacji trafiali zatem zwykle ludzie dosyć sprawni zawodowo, a jednocześnie skrajnie oportunistyczni. Wiadomo przecież, że warunkiem podstawowym otrzymania tak atrakcyjnej pracy była absolutna wierność linii PZPR (choć trafiały się i rodzynki z ZSL).
Druga grupa, w znacznym stopniu przenikająca się z pierwszą, to ludzie służb, dla których MSZ z natury rzeczy był jednym z najważniejszych obszarów aktywności. W obu sporą część stanowili ludzie należący do drugiego pokolenia...
[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: