Talerz zupy, konstytucja, stołówka przy Szewskiej i ja-obżartuch...

Felieton [Widziane z Brukseli]

W swojej książce „Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC” Jarosław Kaczyński był łaskaw umieścić mnie w historii Polski. Kilka razy wspomniał o mnie jako o polityku. Ale nie tylko. Opisując połowę lat 90., kiedy cały obóz niepodległościowy był poza parlamentem (blisko dwie piąte wyborców nie miało swojej reprezentacji w sejmie RP!), sugeruje Jarosław, żem smakosz, a w zasadzie to obżartuch...   Cóż, lekarze mają swoją przysięgę Hipokratesa, ja od tegoż Greczyna wziąłem inną dewizę, nie mniej mądrą: „Nigdy nie pracuj, gdy jesteś głodny”. To mój słynny pracoholizm spowodował, że kocham jeść! Czy to nie proste? Nigdy nie rozumiałem stwierdzenia Lejzorka Rojtszwańca, którego literacki ojciec, rosyjski pisarz Ilia Erenburg, natchnął kontrowersyjną tezą: „Dziwna rzecz, apetyt też się kończy”. Pozostając przy rosyjskich klimatach, za jakże życiowe uznaję funkcjonujące tam przysłowie: „Brzuch to okropny niewdzięcznik – bardzo szybko zapomina o tym, co mu już daliśmy”.
     
35%
pozostało do przeczytania: 65%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze