Ostatnia nadzieja „totalnych”

Decyzja o wystawieniu Rafała Trzaskowskiego jako kandydata w wyborach prezydenckich jest dobrą okazją, by przyjrzeć się dotychczasowym dokonaniom prezydenta stolicy. Na przykładzie Warszawy można wyobrazić sobie bowiem, jak wyglądałaby Polska po przejęciu władzy przez dzisiejszą opozycję.

Na początku warto cofnąć się w czasie do okresu przed tym, zanim Trzaskowski wygrał z Patrykiem Jakim. W Warszawie nietrudno spotkać się z opinią, że dzisiejszemu prezydentowi miasta „pierwszy front” polityki nigdy się nie marzył. To typ bon vivanta, bywalec knajp i wernisaży. Jeszcze jako europoseł, a później minister cyfryzacji za rządów PO-PSL widywany był w modnych warszawskich lokalach w towarzystwie celebrytów i aktorów – m.in. Michała Żebrowskiego czy Łukasza Bromskiego. Nic w tym złego, jednak według raportu Najwyższej Izby Kontroli Trzaskowski nie posiadał w tym samym czasie „podstawowej świadomości obowiązków w zakresie ochrony cyberprzestrzeni”, wymaganej przecież na stanowisku ministra cyfryzacji. Zresztą nie ma się co dziwić, że nie zawracał sobie tym głowy, bo o tym, że niespieszno mu było na to stanowisko (a do przyspieszonego powrotu z Brukseli w 2013 roku zmusił go ponoć sam Donald Tusk), krążą w Warszawie legendy. Podobnie jak o tym, że fotel prezydenta miasta od początku jawił mu się jako „gorące krzesło”. Zresztą – pomimo ostatnich wyuczonych pohukiwań na dziennikarzy nijak szukać w nim frontmana, który będzie brał udział w politycznych bitwach. To wciąż typ aspirującego do salonów inteligenta – zna kilka języków (czym przechwala się przy byle okazji), a jego pean na cześć Bronisława Geremka, w którym mówi: „Bronisław Geremek uczył mnie Cywilizacji europejskiej w Kolegium Europejskim w Natolinie, po francusku. Był poważny, zadumany i srogi” – przeszedł już do historii internetu. 

Wygrał, bo musiał
To wszystko nie przeszkodziło jednak Trzaskowskiemu zdecydowanie wygrać wyborów prezydenckich w stolicy...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: