Koronawirus i biskupi bez wiary

Z wielkim trudem próbuję zrozumieć świat. Sto lat temu na hiszpankę zachorował co trzeci mieszkający na Ziemi człowiek. Z tego pół miliarda ludzi zmarło. Od czasów „czarnej śmierci” XIV wieku nie było tak potwornej pandemii. Teraz przeżywamy globalną traumę i bezradność całej ludzkości. Może medialna histeria, którą rozpętano wokół koronawirusa, jest wywołana lękiem zapisanym w ludzkiej pamięci zbiorowej?

10 lat temu na ptasią grypę zmarły na świecie 262 osoby. Sześć lat wcześniej na SARS – 774 osoby. Ebola z 2013 roku pochłonęła 11 315 ofiar. Ale na świńską grypę A/H1N1 w latach 2009–2010 zmarło aż 580 tysięcy ludzi. Nie lekceważę więc koronawirusa. Jednak widzę, że media podają dane statystyczne w taki sposób, aby wydawało się, że zagrożenie jest większe niż w rzeczywistości. Dlaczego w czasie globalnej paniki mają zarobić tylko koncerny farmaceutyczne? 

Identycznie było z ostatnimi pożarami w Australii. Większe pożogi zdarzyły się parę miesięcy wcześniej w Afryce, ale nikogo to nie interesowało. Australijska histeria medialna była globalna. Dlaczego wybrano akurat tę tragedię? Bo w Australii jest więcej wygodnych lotnisk na użytek ekip reporterskich? Z tej okazji była nawet matka boska koaloska: zdjęcie samicy koali chroniącej szczeniaczka o milunim pyszczku. Ale te pożary nie były największe nawet w ostatnim półwieczu historii Australii, jednak nie w erze internetu – tu stały się katastrofą. Być może media tradycyjne, duże gazety, telewizje, ogólnokrajowe rozgłośnie, przegrywając z konkurencją w sieci, zaczęły nakręcać totalne histerie wokół dobrze filmujących się tragedii. Oczywiście pożary w Australii były wielką tragedią: kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, kilkadziesiąt rodzin na zawsze zranionych. Ale tej skali nieszczęścia dzieją się na świecie kilkadziesiąt razy w roku. Za to tsunami medialne o tej skali w ciągu ostatnich 12 miesięcy było do dziś tylko jedno.

Globalne histerie są testem czy próbą? Nie...
[pozostało do przeczytania 45% tekstu]
Dostęp do artykułów: