Sztuka jest porządkowaniem chaosu

Nie chodzi o to, by odtwarzać to, co jest wokół nas, ale tworzyć swoje własne, indywidualne widzenie. Od początku balansuję na granicy abstrakcji i form realistycznych – mówi Krzysztof Pająk. Z artystą rozmawia Jacek Lilpop

Szkoda, że Pana wystawa „Kody DNA” w Domu Artysty Plastyka Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie trwała tylko dwa tygodnie. Ale jesteśmy w Pana pracowni i są tu obrazy z tamtej i innych wystaw. Możemy więc rozmawiać o Pana twórczości. Więc pierwsze „sakramentalne” pytanie – co wywarło największy wpływ na Pana działalność artystyczną? 
Studiowałem na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego warszawskiej ASP, który w tamtym czasie był i jest obecnie najlepszym wydziałem Akademii Sztuk Pięknych. Od początku jednak byłem nastawiony na malarstwo. W latach 1979–1980 malowałem w pracowni Jacka Sempolińskiego, od 1981 roku do dyplomu u profesora Jana Dziędziory, gościnnie podczas strajku studenckiego, u Rajmunda Ziemskiego i przez moment u Grzegorza Pabla. Dyplom w 1984 roku robiłem z grafiki użytkowej u Romana Duszka.
Lubiłem ekspresjonizm abstrakcyjny – Jacksona Pollocka, Willema Kooninga. Ponieważ przed ASP pracowałem w Centralnej Stacji Telefonii Nośnej, która miała najlepszy sprzęt w Europie Wschodniej, sprowadzany między innymi ze Szwecji (firma Ericsson), stykałem się z różnymi urządzeniami i miernikami zbudowanymi na układach scalonych drugiej generacji ze świecącymi diodami. Ogromne wrażenie robiły na mnie także neony Warszawy.
 
Studiował Pan w latach 80., w czasie szalejących „Nowych dzikich” („Neue Wilde”), czyli „Neofowizmu”. Pamiętam Pana wystawę w galerii „Test” na Marszałkowskiej, bodajże w 1990 roku.  Obrazy na tej wystawie różniły się od malarstwa Pana kolegów, zafascynowanych „dzikim malarstwem”, szczególnie niemieckim. To był cykl miast, wyróżniający się dyscypliną i grą malarską, ale i wyobraźnią – nasyconym, jaskrawym kolorem barwnej palety,...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: